:: 03.03.2007 :: 23:59



Widzę, że wszyscy twardo podjęli grę „klepnięcie” czy jak tam ją nazwiemy ;) Osobiście zamierzałam się w to nie bawić, jednak z każdym kolejnym blogiem na którym ludzie podjęli wyzwanie zbliżałam się do myśli – a co mi tam ;) Gra polega na wypisaniu swoich 5 ‘wyznań’, którymi się raczej nie dzieliliśmy za bardzo do tej pory. Osobiście będzie u mnie ciężko o coś takiego, bo albo coś się wybitnie nie nadaje do publikacji, albo najprościej w świecie już to napisałam, typu jak to poszłam kupić podpaski i poprosiłam o Bella color zamiast Bella nova, pisałam już o tym jak to zaczepiałam jako dziecko obcych ludzi w tramwaju lub o tym jak obcięłam tacie włosy i biedny zwracał uwagę każdego kolegi w pracy ;) Jednak jak się bawić to się bawić i spróbuję znaleźć jakieś 5 moich wyznań przy których czytelnik nie uśnie, a potem przekażę pałeczkę następnym pięciu ‘szczęśliwcom’ ;) Ja zostałam klepnięta przez Mirabelle ;)

Wyznanie pierwsze – najstarsze

Pamiętam moją pierwszą największą kłótnię z mamą. Miała miejsce w pierwszej klasie i za karę poza masą łez i przykrych słów nie wolno było mi wychodzić z domu ani oglądać telewizji, podczas gdy byłam wówczas zabójczo zakochana w Alfie ;) Za co owa kara? Mianowicie mama sprawdzała mi zeszyty gdy byłam w pierwszej klasie no i zapytała co to jest widząc czerwony daszek. Ja na to że nie wiem, lecz mama czując pismo nosem odkleiła skrzętnie przyklejony przeze mnie szlaczek i odsłoniła 1 za brak pracy domowej. To była moja pierwsza 1 którą z resztą dostała prawie cała klasa, jednak mama co sobie pomyślała o mnie to pomyślała, skoro ja w pierwszej klasie już dostaję 1 i je ukrywam… :>

Wyznanie drugie – drugiej w kolejności chronologicznej

Pewnego dnia idąc do szkoły nie rozumiałam czemu wszyscy się na mnie jakoś tak dziwnie patrzyli. To było mniej więcej w 5 klasie i chciałam wtedy być tak dorosła jak moja mama. Kiedy już zdjęłam kurtkę i dalej zwracałam uwagę wszystkich podeszła do mnie koleżanka i spytała co mam na głowie. Okazało się, że zapomniałam zdjąć wałeczek z grzywki, którą gdy miałam to codziennie rano tak jak mama próbowałam podkręcać ;) Oj jakie koleżanki były zdziwione ,że wyszłam z domu nie przejrzawszy się w lustrze ;) A jakoś tak się spieszyłam wtedy i ja tam byłam zadowolona, że się nie spóźniłam ;) Nie wiem, czy gorsze było to, czy sytuacja gdy kiedyś zawinęła mi się spódniczka i całą drogę do szkoły szłam nieświadoma owego faktu z majtkami na pupie na wierzchu ;)

Wyznanie trzecie – środkowe

Pewnego dnia z dzieciakami na działce coś nam strzeliło i stwierdziliśmy, że mamy chęć na truskawki. No ale że żadne z nas nie miało akurat w ogródku truskawek ani chęci wydawać na nie kasy, to poszliśmy na pobliskie pole truskawek się poczęstować. Nikt z nas nie wiedział kiedy znalazł się chłop – właściciel owego pola, szkoda tylko że nas gonił całą drogę, a dzieci były sprytniejsze ode mnie i namówiono mnie w tym amoku do tego, byśmy to na moją działkę uciekli…Oj biedny był mój tata tłumacząc się wtedy…

Wyznanie czwarte – wciąż niezbyt nowe (jakoś do grzeszków z dzieciństwa łatwiej się przyznać:>)

Miałam kiedyś wiele lat kota. Kochałam go bardzo, jednak jako jedynaczka przykrzyło mi się często, a z kotem to nie z psem, nie ma tyle zabawy. Mój kot jednak był bardzo cierpliwy i nigdy mi krzywdy nie zrobił. Jedną z rzeczy, których najbardziej w życiu żałuję to męczenia go…Nigdy ni chciałam zrobić mu krzywdy…Pewnego dnia stwierdziłam, że będę go wozić w wózeczku dla lalek. No ale kot jak to kot – uciekał. Więc go posadziłam na pleckach i przywiązałam mu brzuszek paskami od spodni do owego wózeczka…Nie był za szczęśliwy i wśród miauczenia zwymiotował…oj ile ja potem płakałam przepraszając go…Co nie zmienia faktu, że kilka tygodni później wsadziłam go do worka ciekawa jak wygląda kot w worku…Biedny był ze mną i mam nadzieję, że moje dziecko takie nie będzie…

Wyznanie piąte – najtrudniejsze bo najnowsze

To nie było wprawdzie niedawno, lecz dobrze pamiętane jest. Pewnego wieczoru, po bardzo miłych wydarzeniach między mną a Moim Mężczyzną spieszyłam się nader bardzo do domu no i powiedzmy, że nie dbałam by ubrać się zbyt kompletnie. On za trzeźwy wtedy chyba nie był, no i też poszedł szybko spać. Następnego dnia miała odwiedzić go jego babcia – taka mniej fajna. Mama go budzi by się ubrał i w ogóle, no to on szybko wstał, babcia przyszła, przywitali się i babcia chciała chyba zobaczyć jego akwarium…No i wchodzi z teściową do pokoju, a Przemek się dziwi co teściowa się nagle tak rzuciła…okazało się, że szybko schowała do szafki mój stanik, którego jakoś żadne z nas nie zauważyło ;> Na szczęście babcia też nie ;)

Uff, przebrnęłam ;) No to teraz hi hi hi, strzeżcie się ;) Ja sobie pozwolę klepnąć:

Gejszę

Sarkę

Kimusia

A jak Kimuś to i poprosimy Grzesia ;)

Mamusie Szymusia ;)

Nie mogę się doczekać waszych wyznań ;) I na pewno nie tylko ja ;>



Twoja Myśl... (9)


:: 08.03.2007 :: 16:24



Panie…Panowie…uwaga! Historia, którą za chwilę opowiem jest tak straszna jak prawdziwa, toteż jeśli ktoś teraz je, to na własną odpowiedzialność ryzykuje, czy ów pokarm zostanie w jego żołądku, czy też się stęskni za światem poza nim…Najpierw kilka słów wstępu – jestem chora. Niestety, tak naprawdę chora, jeszcze niedawno miałam ponad 39 stopni i w ogóle mało sympatycznie teraz też powinnam leżeć w łóżeczku, ale nie mogłam wytrzymać i nie napisać tejże historii, aż ciarki mnie przechodzą na samo wspomnienie mimo że jeszcze mam krew na rękach…brr….jak dobrze ze mam katar, nie muszę przynajmniej tego wszystkiego wdychać….

A było to tak – gdy zachorowałam, Mój Mężczyzna oczywiście poszedł w moje ślady (wczoraj tak zabawnie mieliśmy taką samą temperaturę i nie było to 36,6), mama powiedziała, że mamy sobie zrobić rosołek, bo jak się jest chorym to trzeba jeść rosołek. Wszystko fajnie, ale do rosołu jak zapewne wszystkim wiadomo potrzebne są składniki, sam się przecież nie zrobi…No to mówię do Mojego Mężczyzny by powiedział rodzicom by nam przywieźli kurczaka jak będą jechać. On powiedział, tyle ze z dwa dni później i gdy nie było mnie obok…No to część pierwsza – mamy kurczaka, nie mamy warzyw, bo jakoś Mojemu Mężczyźnie nie przyszło do głowy że coś takiego jak warzywa się do rosołu przydadzą…Ale ok., dzisiaj wpadła do mnie G.G więc poprosiłam o kupienie pęczku warzyw ( to był jej pierwszy raz w tej materii).



No dobra, zatem już mamy kurczaka, warzywa, kilka innych drobiazgów, powiedzmy że schemat jak postępować podyktowany przez mamę przez telefon, więc w czym problem? W KURCZAKU! Dlaczego? Bo on był W CAŁOŚCI!!! Nie wiem, może to normalne, może to my jesteśmy dziwni, ale i dla mnie i dla Mojego Mężczyzny nie było to oczywiste co należy zrobić z kurczakiem, który wygląda, jakby jeszcze wczoraj biegał…nie wiem czy kiedykolwiek widziałam takiego w całości, a już na pewno żadne z nas nie miało koncepcji co należy z nim uczynić..

Najpierw pomyślałam, że wypadałoby jakoś oddzielić udka i skrzydełka od reszty…Ale jak?? Przecież kurczak ma kości…No to zadanie to pozostawiłam Mojemu Mężczyźnie, skoro ja nie miałam siły się uporać z tym zwierzem. On jakoś tez nie pałał chęcią do krojenia go, toteż zamknął się w kuchni sam na sam z ptakiem i przystąpił do dzieła. No dobra, wreszcie udało się pozbawić biednego kurczaka nóg i skrzydeł, ale…co z resztą? Pomyśleliśmy, że udka zrobimy któregoś dnia pieczone, nawet już znalazłam przepis, ale nadal pozostała kwestia umieszczenia reszty kurczaka w garnku…Próbowałam go jakoś rozkroić, bo gdy Mój Mężczyzna zobaczył nieco krwi zrobił się zielony…A ja do niego dołączyłam gdy zobaczyłam…serce! No wiem, to normalne że kurczak ma serce, ale kurde no kto sprzedaje takie rzeczy?! Oj ciężko było w tym boju naprawdę ciężko naszarpałam się jak głupia…A gdy zobaczyłam jeszcze jakieś resztki piór….Bleee….



Powiedzmy że to koniec historii, bo jeśli będę ją kontynuować, to boję się, że Mój Mężczyzna będzie musiał sam dokończyć robienie rosołku, a pewnie jak to facet, nie ma w ogóle koncepcji co miałby dalej robić ;) Zobaczymy za jakieś pół godziny jak się skończyły moje wypociny nad pierwszym w życiu rosołem, jednak ogólnie rzecz biorąc w życiu nie sądziłam, że będę miała takie problemy z głupim kurczakiem…Swoją drogą gdybym nie była chora i poszła sama do sklepu to kupiłabym tylko udka, nie babrałabym się w tym wszystkim…Tak czy inaczej było mi tak miło, gdy już po calej operacji Mój Mężczyzna powiedział, że jest ze mnie dumny ;) Szkoda, że mama przez telefon w ogóle nie zrozumiała mojego problemu ;) Jutro na tym rosołku będę kombinowała i robiła pomidorową ;) Szkoda tylko, ze mam tak ogromny katar – przerób papieru toaletowego ponad 2 rolki dziennie i nam niedługo zabraknie… Zatem – przy tak dużym katarze wiadomo że odczucie smaków i zapachów też jest inne…Ale co zrobić ;)

Skoro już przy gotowaniu jesteśmy, to ostatnio ogólnie robimy jakieś dziwne rzeczy do jedzenia, które średnio nam służą. Wczoraj jedliśmy spaghetti z bekonowym sosem Unclebens czy jak to się tam pisze – bardzo dziwny, bardzo smakowy, robiony w Afryce i nie chcę za szybko powtarzać tego doświadczenia, choć z pewnością był mocno oryginalny i Mojemu Mężczyźnie smakował. Potem jedliśmy innego dnia żeberka robione w piekarniku, które nam się zwęgliły, a najbardziej się zwęglił miód na nich, który miał niby zachować ich kolor i coś tam jeszcze ;) Jakoś je zjedliśmy, jednak kolejny raz zjemy żeberka normalnie, z patelni, tak jak już robiłam i tamte były jadalne, choć nie takie jak u mamy ;) Za to nie mogę się doczekać, jak się lepiej poczujemy i zrobimy ciasteczka maślane ;) no dobrze, już uciekam robić sałatkę z buraczków do tego cudownego gotowanego kurczaczka, na którego dziwnym trafem nie mam ochoty…Hmm…Pomyślmy czemu ;)

A fotki w tej notce tak by nie było aż tak mrocznie i w tęsknocie za wiosną jeszcze z wakacji minionych ;) Mniej niż zwykle bo jednak jakoś tak mi kiepsko tutaj pasują, a przecież nie będę robiła zdjęć kurczakowi ;) Poza tym mam masę nowych fotek, tylko brak mi czasu tudzież siły by je pozmniejszać itp., ale mam nadzieję, że najpóźniej w weekend się uda i będzie kolejna notka o wycieczce z zeszłego weekendu, polowaniu na wiewiórkę, opowieściach z narnii i wieeelu innych ;) W końcu krótkie notki nie sa w moim stylu, aż mi z tą dziwnie tak jakoś ;)



Twoja Myśl... (6)


:: 12.03.2007 :: 19:01



No to mamy kolejną edycję tańca z gwiazdami…Czy się cieszę? Raczej nie…Czy oglądam? Zdecydowanie tak ;) taki już mały nałóg :> Jednak jeśli będą chcieli zrobić kolejną, to myślę, że już będzie mnie stać na to by sobie dać z tym spokój, bo jednak jury zaczyna być zbyt irytujące moim zdaniem…Jak to ja – prawie nikogo z tańczących nie znam, zatem słów tylko kilka. Odcinek mi się podobał o tyle, że była rumba, czyli mój ulubiony taniec, uwielbiam wszystko co zmysłowe, kobiece, piękne…Za to tak dziwnie dwie pary, które najbardziej mi odpowiadały okazały się najgorsze w punktacji wg sędziów…Na razie moim faworytem jest Olbrychski tak po prostu, przez poczucie humoru, ogólnie mi odpowiada, po dwóch tańcach ciężko coś więcej powiedzieć moim zdaniem…Choć zrobił pozytywne wrażenie ;) Nie lubię jego partnerki, uważam ze kiecka aż tak odsłaniająca tyłek jest nieco poniżej dobrego smaku, ale cóż, nie można karać jego że na taką trafił…A ona jako tancerka i choreograf zła nie jest, po prostu mnie irytuje…Druga para która na razie mi odpowiada to Tuskowa (Tuskówna? Jak to się odmienia?), choć sprawia wrażenie nieco infantylnej, lecz może to po prostu trema? Chyba ciut za wcześnie by oceniać, poza tym lubię Stefano ;) Chociaż na pewno kojarzy mi się z Rusin i szkoda, że powtarzają tancerzy, uważam, że w każdej edycji powinni być inni… Komentarz Wodeckiego do Tuskówny był rozbrajający – została skrytykowana, a raczej jej taniec, więc Wodecki na to: „Rumba to seks, a ona ma jeszcze na to czas’ ;)



Mimo tego, że dzisiaj poniedziałek, a przecież poniedziałki z racji bycia poniedziałkami są złe, to ja miałam dobry dzień;) Noc już prawie przespałam, tez nie do końca, ale nie było już tak strasznie jak wcześniej, kaszel ciut zmniejszył się. Byłam z resztą u lekarki, ale po kolei ;) Rano jakoś udało się wstać, choć zdecydowanie oboje jesteśmy odzwyczajeni od wstawania o 6 i nie było lekko ;) Mój Mężczyzna ma dzisiaj tak niesympatycznie plan, że ja mam zajęcia 8-12 a On 12-16, ale wstał ze mną ponieważ…Okazało się, ze już tydzień jeździ bez dowodu rejestracyjnego, bo mu się ważność tymczasowego skończyła ;) Z Audi zrobił ten sam numer ;) Ech, a przecież ppc istnieją ;) Jechało się w miarę ok., korki jak to rano, ale zdążyliśmy ;) Od kiedy mamy autko i wiemy, jak czasami jest ciężko włączyć się do ruchu, to Mój Kochany Mężczyzna stara się to ułatwić niektórym kierowcą, a mnie jest tak miło, że nie mysli tylko o sobie jak 99% kierowców, tylko że wpuści jakiegoś biednego maluszka czy coś ;) Dzisiaj jak jednego wpuścił, to ten jechał cały czas na awaryjnych, bo zapomniał wyłączyć ;) Jedyne, co mnie zmartwiło, to że chyba skasowali zabawę Masz minutę w Radiu Złote Przeboje i szkoda – lubiłam to…ogólnie to radio tak wiele dla mnie straciło, że jeśli nie przekonam się do Radia Pogoda to przejdę na VOX.



Przez cały poranek próbowałam się dodzwonić by się umówić do lekarki, jednak nie udało się, na szczęście poprosiłam mamę i ona miała więcej szczęścia ;) Pierwszy był wykład z filozofii – jak to filozofia, było dziwnie ;) Ogólnie zaimponował mi dzisiaj facet bystrością. Rozmawialiśmy na temat tego, skąd wiemy, że istnieje związek przyczynowo skutkowy, po czym poznać, że dane zjawisko jest przyczyną zajścia innego zjawiska, może tylko owe zjawiska po sobie następują. Jedna dziewczyna powiedziała, że mamy przyczynę wtedy, gdy jedno zjawisko zachodzi po drugim niezmiennie. On zanegował, lecz zaimponował mi tym, ze bardzo szybko znalazł przykład, moim zdaniem całkiem trafny, mianowicie powiedział, ze to co ona stwierdziła to za mało, ponieważ np. w kinie zawsze włącza się ekran po tym, gdy zgasną światła, a przecież one nie są przyczyną, nie powodują tego, że nagle film (w sumie to reklamy) zostaje emitowany. Poza tym ogólnie było ciekawie, ja lubię takie rozważania jak dziś, szkoda, że nie mam czasu ich opisać, ale może przepiszę ten wykład na kompa, to wtedy zamieszczę ;)



Potem był wykład ze statystyki z Panem, którego nie da się opisać…Jego trzeba zobaczyć…jest jedyny w swoim rodzaju….Nazywam go Gargamel, ponieważ moim zdaniem jest nieco podobny, tyle tylko ze ma łysą głowę, choć gdyby jej nie golił fryzurę w innym kolorze, lecz też by miał podobną do tej Gargamela ;)Poza tym jego śmiech jest zabójczy, nikt się tak nie śmieje jak on. Jest bardzo chaotyczny i szkoda, że mam do czynienia z tym człowiekiem, chociaż z każdego wykładu z nim na pewno będą jakieś perełki ;) Dzisiaj padły słowa z ust jego: „Hmmm….No tak….(nadal patrzy na tablicę)…Jakby to państwu wytłumaczyć…Cóż….W każdym bądź razie dyżur mam o 16” i kontynuował ignorując nasz śmiech, gdyż rozbroił nas tym, a my dalej nie wiemy, czemu tak napisał ;) Sądzę jednak, że nie znajdziemy nikogo odważnego, kto by zaryzykował konsultacje z tym panem ;)



Następnie czekanie z Jedną z Wielu na wyniki Jej ostatniego egzaminu – babka przepchnęła wszystkich, więc nie było kłopotu ;) potem troszkę czekania na dalszy plan dnia po czym mały spacerek z Jedną z Wielu, aż klapnęłyśmy w takim przypuśćmy, ze można nazwać to parkiem ;) Pogadałyśmy, pogapiłyśmy się na kaczuszki, miło było ;) Ogólnie dawno jakoś nie wychodziło spędzenie czasu razem i tak teraz chyba obie poczułyśmy, jak nam tego brakowało ;) Choć kserowanie ode mnie zeszytów gdy nas OBU nie było tydzień na wydziale zawsze będzie mnie rozbrajać ;) Mam jednak nadzieję, że uda się częściej w słoneczku pospacerować, brakowało mi słońca, powietrza, przestrzeni, wolności, uwielbiam spacerować, zawsze lubiłam po wydziale właśnie w ten sposób pokonywać kilka przystanków ;)



Dalej nieco pośpiechu i do lekarki. Już całe wieki nie było u niej opóźnienia, więc nie brałam nic do czytania, a tutaj nagle wyszłam po godzinie…No to trzeba było się czymś zająć – na szczęście przyszła jakaś pani z 5 letnią dziewczynką i mnie już nie było więcej trzeba ;) Mała była śmieszna, pewnie czasami jest męcząca, ale ogólnie lubię żywe dzieci jeśli są pozytywne w sensie nie są złośliwe itp. Miała już przekłute uszka i była z tego średnio zadowolona. Nadużywała słów „O Jesus” (tak wymawianych) oraz pokazywała które zęby się jej ruszają. Najlepsze jednak były opowieści o niej lekarki! Mianowicie Pani Doktor ma całą ścianę w gabinecie malunków od dzieci i pokazała mi rysunek od niej przedstawiający na jakimś tam tle dziewczynkę a dokładniej głowę z dużą ilością włosów, zaznaczone wyraźnie rzęsy, tułów stanowiła kreska z kreskami jako kończyny oraz pod głową były dwa małe kółeczka, a tak to jakieś mało znaczące dodatki typu bransoletki. Jaki był opis dziecka? Otóż – „Ten rysunek przedstawia mnie w mojej przyszłej pracy. Jestem ładna, szczupła (stąd kreska jako ciało), mam duże piersi (kółeczka na tyle w miejscu szyi, że nie było to oczywiste), mam ładny makijaż, a ogólnie to jak dorosnę będę striptizerką! Mama nie pozwala mi o tym mówić, bo twierdzi, że to wstyd, ale ja lubię tańczyć przy rurze!” Myślałam, że padnę, jak sobie wyobraziłam czerwień policzków mamy, gdy jej 5letnia córeczka opowiadała takie rzeczy. Skąd ona to wie? Ja nie jestem pewna, czy w wieku 5 lat wiedziałam, kim jest striptizerka ;)
A tak to lekarka miała dzisiaj gadane, ale sympatycznie się rozmawiało, chwaliła swoja nauczycielkę matematyki, która w jej czasach dinozaurów biła ich kantem ekierki po dłoniach, ale za to do tej pory lekarka z matematyką nie ma kłopotów ;)



No to czas leciał, a miałam dzisiaj niby tylko 4h ;) Potem nastąpiła chyba najmilsza część mojego dnia, której z resztą nie da się ukryć na zdjęciach ;) Ponieważ nie wiedziałam, jak będzie z obiadem i jakoś nie chciało mi się robić tego co zaplanowałam czyli pangi – zrobię ja jutro, to dzisiaj poszłam do Pamso po paróweczki i zrobię paróweczki na świneczki ;) Ciekawe kiedy Mój Mężczyzna wróci, po wydziale pojechał do znaczka i utknął…A w drodze do Pamso…Udało mi się znaleźć wiosnę!!!! Jak to ja, nawet do lekarki nie ruszyłam się bez aparatu i opłacało się ;) Poza tym zaczyna się sezon na ładne i niebo i już się nie mogę doczekać tych setek zdjęć;) Na razie moim problemem jest miejsce na dysku, bo wciąż brak nam czasu by kupić płytki, ale jeszcze sobie radzę, co tam że mam tylko kilkaset mega na całym, a jednak do tej pory nigdy wcześniej nie złamałam mojej żelaznej reguły by mieć minimum 1giga na systemowym ;)



Idąc do Pamso robiłam fotki wszystkim krzaczkom, kwiatkom, wszystkiemu wokół ;) Nagimnastykowałam się, bo jakie są trawniki w Łodzi (Polsce) to wszyscy wiemy, nawąchałam przechodząc pod balkonami, ale warto było :D Czyż nie są śliczne te krokusy?? I Odbyłam taką miłą rozmowę z jakąś panią, która z tego co zrozumiałam je posadziła, ogólnie zaczęła mi opowiadać, jak to sobie naderwała ścięgno przy skopywaniu tego ogródka pod blokiem i tak bardzo ciepło się pożegnałyśmy, zaprosiła mnie do owego ogródka (czemu balkony są tak nisko i tak łatwo podrzeć kurtkę o siatkę, gdy nie chce się dotknąć obleśnej furtki??) za dwa tygodnie mówiąc, że będą wtedy już może tulipany ;) To było takie słodkie, tak mi się miło zrobiło, uwielbiam rozmawiać z nieznajomymi ;) Miałam na zakończenie tej notki wstawić mój ostatni wiersz, ale nie jest tryskający optymizmem, toteż może jednak zostawię go na inną porę, a teraz piosenka, którą zwykle już o tej porze roku zaczynam nucić ;) oj szkoda, że nie mam czasu na dłuższą notkę, mam tyle jeszcze do napisania ;) Ale stwierdziłam że jednak spróbuję pisać częściej a krócej, bardziej na bieżąco by mi się nie nawarstwiało az tak jak teraz ;( Jejku jak fajnie że już wiosna :D

Znów przyjdzie maj, a z majem bzy
I czekać mam na lepsze dni

Znów przyjdzie mi nosić przykrótkie sny
Do lata, do lata, do lata
Piechotą będę szła
Na, na, na, na....

Znów kupisz mi coś na imieniny
Mmmm ja to wiem i czuję, że

Znów przyjdzie mi nosić przykrótkie sny
Do lata...

Przykrótkie sny nie w porę zbyt lekko się ubiorę
Noc długa, świt w szronach i wiosna spóźniona

I twoje słowa zimne, że nie ma drogi innej
Do lata, do lata, do lata
Tak dłuży się czas...
Gdybyś tylko chciał

To było by to lato już
I słońce i szaleństwo burz

Lecz dajesz mi tylko przykrótkie sny
Więc do lata, do lata do lata
Piechotą będę szła...



Twoja Myśl... (3)


:: 14.03.2007 :: 22:17
Zacznę od tego, że ponieważ rzadko ostatnio pisałam tak często, to jeśli nie czytałaś/eś, to zapraszam do przejrzenia poprzedniej notki z pierwszymi wiosennymi zdjęciami ;)



Dziś miałam dziwny dzień…taki…Po prostu inny…Mimo braku czasu jednak ten czas miałam na tyle słów w myślach, tyle refleksji…Wiesz…Stwierdziłam, że lubię jeździć tramwajem ;) Zaskakujące, prawda? Ale już Ci mówię dlaczego…Otóż przeszkadza mi bardzo wiele, nie ukrywajmy – czysto to tam nie jest a higiena ludzi również nierzadko jest żadna…czemu więc to lubię? Bo mogę pomyśleć…Jestem wtedy sama z moimi myślami, taka chwila moja dla mnie, których to chwil w codziennym życiu mam tak niewiele, jakoś w domu nawet gdy On ogląda telewizję, a ja jestem w innym pokoju, to nie umiem się tak zamyśleć, zawsze coś robię, a to pranie, obiad….Zaś w tramwaju zwłaszcza teraz – kiedy nie ma już/jeszcze sesji, nie muszę nic robić…Mogę…Powinnam…Ale nie muszę…Czyli mogę pomyśleć…Dzisiaj mi się bardzo dobrze myślało jadąc, gdy przez szybę słonko padało mi na twarz, a przez otwarty dach wiatr igrał we włosach ;) Lubię patrzeć na ludzi jadąc tramwajem…zawsze jest w nich coś interesującego, zawsze mam o nich jakieś myśli, a to coś powierzchownego odnośnie koloru lakieru czy kroju kurtki, do bardziej głębokich dotyczących smutku w oczach, dziwnego tonu czy sposobu wypowiadania się…Zdecydowanie, gdybym tramwajem jeździła sama, jazda nie byłaby tak ciekawa…Lubię jadąc patrzeć przez okno znów przede wszystkim na ludzi, na to jak chodzą ze spuszczonymi głowami i zawsze wypatrywać kogoś, kto jednak patrzy w niebo, a nie na chodnik…



Lubię ludzi…Mimo całego mojego pogardzania człowiekiem jako takim, jednak jestem właśnie taką istotą i żyję wśród sobie podobnych, zatem utrudnianiem sobie życia byłoby ciągłe wyłącznie negatywne podejście…Chyba się pogodziłam z tym, że ludzie są jacy są i zamiast wciąż walczyć z własnymi wiatrakami po prostu szukam wśród nich istot wyróżniających się, uśmiechniętych, innych niż szara masa…No i uwielbiam w tramwaju czytać Wysokie Obcasy, nigdzie nie czyta mi się ich tak dobrze jak właśnie tam ;) Lubię, gdy nic mnie nie pogania, kiedy mogę w każdej chwili przystanąć i się zastanowić nad tym, co przeczytałam, nie muszę iść wyłączyć wody na herbatę itp…Numer który obecnie czytałam był niezwykle interesujący, jednak skupię się na zaledwie kilku zagadnieniach, które tak ciężko ująć w słowa, są one dla mnie bardziej wrażeniami, czymś nieuchwytnym, niż obrazem jasnym do opisania…Muszę na pewno częściej czytać WO z ołówkiem czy ogólnie czymś do pisania w ręku i sobie zaznaczać szczególnie interesujące myśli, gdyż artykuł który mnie szczególnie poruszył chętnie przeczytam teraz po raz drugi, jednak ogólnie nei zawsze mam na to czas…gdybym mogła w tramwajach pisać notki, byłoby ich kilkakrotnie więcej ;)



Czego temat dotyczy? Oj wielu rzeczy, ale między innymi na pewno w znaczącym stopniu piękna…Powiesz mi, co dla Ciebie jest piękne i czym jest piękno? Ja się wciąż zastanawiam i jakoś nie mogę dojść do definicji, która by mnie w pełni usatysfakcjonowała…Zgadzam się, że w pojęciu ogólnym piękno ma miejsce wtedy, gdy doznajemy silnych pozytywnych emocji, wzruszamy się, zapatrujemy, zachwycamy, nie możemy uwierzyć, że coś tak niesamowitego istnieje…Co dla mnie jest piękne? Bardzo wiele rzeczy…W dzisiejszych czasach często nie potrafimy dostrzec piękna, a jednak ja go widzę wokół tak wiele…Często, teraz będzie to miało jeszcze częściej zachwycam się niebem…Zachwycam się uczuciem, które mnie łączy z niektórymi ludźmi w moim zyciu…Zachwyciłam się krokusami z poprzedniej notki, aż dzisiaj znów specjalnie przeszłam obok nich by na nie popatrzeć i tak fajnie spotkałam tą panią, z którą wtedy rozmawiałam, powiedziałam dzień dobry, ona też mnie rozpoznała ;) Zdecydowanie w naturze widzę najwięcej piękna! W rzeczach już znacznie mniej…bardziej w kwestiach nieuchwytnych takich jak muzyka chociażby…tam również potrafię dostrzec piękno…Czasami szkoda, ze jest aż tak subiektywne, gdyż sprawia to, że się czasami czujemy sami z naszymi odczuciami, jeśli się czymś naprawdę zachwycimy, a człowiek z którym np. idziemy wzruszy ramionami i pójdzie dalej…A z drugiej strony właśnie dzięki temu indywidualizmowi odczuć jesteśmy tak różni, każdy z nas jest wyjątkowy, każdy ma własne zdanie i chodzi o to, by znaleźć ludzi z którymi można na poziomie dyskutować z konkretnymi argumentami bez względu na to, czy podzielają oni nasze poglądy…



Artykuł który tak mnie poruszył był rozmową z niejakim Tomem Tykwerem o którym nigdy nie słyszałam i pewnie nie usłyszę, jednak ogólnie nigdy nie miałam pamięci do nazwisk, toteż nawet jeśli zobaczę jego film, to jeśli dzieło zapamiętam, to jego na pewno nie…Podobało mi się to, że wywiad zaczął się od pytania o dzieła w Luwrze, a on na to, że woli reprodukcje, gdyż można im się dokładnie przyjrzeć, z bliska, a nie jak np. Mona Lisie – z dużej odległości i przez kraty…Nigdy o tym nie pomyślałam, nigdy nie byłam w Luwrze, ale sprawił tą jakże racjonalną wypowiedzią, że jeśli kiedyś będę miała możliwość zobaczenia owego muzeum lecz np. mało kasy, to kwestia wyboru wcale nie będzie taka oczywista, jaką była przed przeczytaniem jego wypowiedzi.



Podobało mi się w tym człowieku szalenie jego własne zdanie, dość odmienne z resztą od przeciętnych wypowiedzi… Lubię indywidualistów, lubię ludzi, którzy czasami się nad czymś zastanawiają, mają chęć na przetworzenie otrzymywanych informacji, ich weryfikację, zastanowienie się nad nimi, nie zaś tylko ślepe powtarzanie tego, co powiedział speaker…Tom mówi o zapachach jest nimi zafascynowany…mimo, że nie podzielam jego zdania, to po tych wypowiedziach czuje się do nich szacunek, po prostu do jego słów, które są tak bardzo na poziomie…może też dlatego, że miałam kontrast z bluźniącymi obok gimnazjalistami…jednak pewne rzeczy chciałabym zachować z jego myśli np.

„Pytanie o zapach jest każdemu tak bliskie, bo odnosi się do kwestii tożsamości. Zapachy to cyngle pamięci. Kiedy poczujesz na kimś ten sam zapach, którego używała Twoja matka, trudno pozostać nieporuszonym.(…)Zapachy to kapsuły w czasie. Jedyne, z czym można to porównać, to muzyka – może dlatego, ze jest podobnie abstrakcyjna,. Nieuchwytna. Słyszysz piosenkę sprzed 20 lat i natychmiast przenosisz się do tamtego czasu, przypominasz sobie tamten moment, tamtą dziewczynę”



Podoba mi się też inna rzecz, nieco wyjęta z tematu, lecz trafna na swój sposób, choć nigdy nei myślałam o tym w tych kategoriach: „Dziewczyna w młodym wieku to wcielenie tego, czego wszyscy pragniemy – i kobiety i mężczyźni. Są dla mnie projekcją pewnej utopii, pewnej czystej idei. Nie chodzi o ich potencjał seksualny, ale o potencjał utopijnej miłości, piękna(…)Są na wyższym poziomie duchowym (od rówieśników), jednocześnie są jeszcze niewinne, nie miały złych doświadczeń, nie przeżyły nieudanego seksu, nie miały złamanych serc – nie mają takich doświadczeń, które przemieniają cię w człowieka dorosłego. Jest w nich pewna obietnica, nadzieja.

Po czym dochodzimy dalej do słów najbardziej istotnych…Wiesz, doszłam do wniosku, że temat piękna jest tak rzadko obecny w sztuce…On nie szokuje, lepiej pokazywać wszystko to, co poruszy szokująco, negatywnie. Sceny w Hannibalu poruszyły (prawie) wszystkich, podczas gdy film pełen piękna (y… jakoś ciężko o przykład…) już ów jego urok dostrzeże znacznie mniejsze grono odbiorców…Brakuje mi piękna w życiu…jego poszukiwania… Tak czytałam ten artykuł i zastanawiałam się, ilu jest ludzi takich jak ja…nie chodzi mi o to, że ma im się to samo co mnie podobać, lecz o same w sobie rozważania o pięknie jako takim, cokolwiek pod nim rozumieją…Brakuje mi rozmów z ludźmi na tego typu tematy…Matematyka to taki niewdzięczny kierunek pod tym kątem…Ech, gdyby tak mieć na wszystko czas i zrobić np. zaocznie filologię polską – jakże człowiek mógłby się intelektualnie rozwinąć! Chciałabym, by istniała dość niewielka grupa osób, które jak ja, czują potrzebę rozmawiania, analizowania życia jako takiego…Jednak chodzi mi o życie w ogóle, nie zaś o życie rozumiane jako zdradzający mąż, wiecznie za mało pieniędzy i niewdzięczne dzieci, bo jednak jak ktoś chce tylko narzekać, to niech idzie do terapeuty…



Człowiek jako taki zawsze mnie tak szalenie interesował…Chciałabym poznać zdanie innych ludzi na temat piękna, móc zrozumieć ich punkty widzenia…gdy przeczytałam ten artykuł miałam chęć odwrócić się w tramwaju do pierwszej lepszej osoby i zapytać o jej definicję piękna, jej podejście do tego tematu, lecz się nie odważyłam, w życiu codziennym nie jest łatwo o otwartość ze strony ludzi, szczególnie starszego pokolenia, a jakoś tylko takich widziałam w mojej okolicy w tramwaju…Kiedyś myślałam, że ten blog mi wystarczy, że już nie będę sama z tymi wszystkimi myślami o pięknie, człowieku, wartościach, lecz tak nie jest…Chcę więcej, nie czuję się zrealizowana…Chciałabym, by udało mi się przeczytać w oryginale, bo nawet posiadam „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam”. Pamiętam, że książka mi się średnio podobała, lecz ile wzbudziła we mnie refleksji, ile zdań niedokończonych pozostawiła, jestem ciekawa jej w wersji angielskiej… przeszkadza mi, że tak ciężko w życiu o osobę, która chce sobie zadać trud rozmowy na temat, na który jednak trzeba się wcześniej zastanowić, nie wystarczy tylko obejrzeć wiadomości i narzekać ile wlezie… Szkoda, że ludzie ogólnie nawet nie słyszeli często o pojęciach takich jak chociażby rozwój duchowy, w ogóle o niego nie dbają, dla nich on jest tylko utrudnianiem sobie życia…



Cieszę się, że udało mi się troszeczkę rozpisać, potrzebowałam tego, ogólnie mam tak często problem z ujęciem własnych myśli w słowa…Też dlatego tak lubię rozmawiać z ludźmi – jeśli ktoś coś odczuwa tak jak ja, to potem po rozmowie z nim jest mi łatwiej się wysłowić w danej trudnej kwestii, jeśli uważa zaś przeciwnie, to również zadając odpowiednie pytania i próbując lepiej poznać jego punkt widzenia, potem już jest łatwiej… Wracając zaś do zapowiedzianych magicznych słów (czy słowo magia istnieje jeszcze w słownikach dzisiejszych ludzi??), oto one – czemu choć połowa artystów tak nie podchodzi…:

”Poszukiwanie piękna to najważniejsza rzecz w sztuce. Sztuka jest o pięknie. (…) Sztuka bez piękna to nie sztuka. Jest nudna. A prawdziwa sztuka jest zawsze ekscytująca. Każdy artysta wizualny według mnie zaczyna myślenie o swojej pracy od tego Jak będzie ona wyglądać, jak ją pokazać. Dopiero potem przechodzi do dlaczegoJak jest zawsze przed ‘po co’” Myślę, że on ujął w słowach to, o co często pytają mnie ludzie po przeczytaniu moich wierszy…Pytają dlaczego je napisałam…Podczas gdy często dzielę się moimi otworami tuż po napisaniu ich, dopieszczeniu, jeszcze pełna emocji i inspiracji, która sprawiła, że dany wiersz powstał…Chciałabym napisać opowiadanie, już całe wieki nie napisałam nic dłuższego prozą…Lecz chyba potrzebuję natchnienia, inspiracji i możliwości poświęcenia się, gdyż zwykle jak piszę, to jednorazowo, ciągiem, wtedy zarywam noc, opuszczam uczelnię, wtedy liczą się tylko słowa, by wygrać wyścig z czasem, by zdążyć, zanim słowa uciekną…Skoro już przy wierszach jesteśmy, to poniżej najnowsze dzieło zgodnie z zapowiedzią z poprzedniej notki. Nie jest idealny, ale ma coś w sobie, mimo wszystko jestem z niego zadowolona, chętnie poznam tez Twoje zdanie ;)



Statek


Patrzysz przed siebie
Czujesz wiatr we włosach
Słońce pieszczące twarz
Przymknięte powieki…

Świat wokół jest taki inny
Ty w sobie jesteś taki nieswój
Jakby coś się zmieniło nagle
Tak tylko w Tobie w środku…

Kilka marzeń tkwi w miejscu
W Twojej własnej czasoprzestrzeni
Kilka potrzeb niezaspokojonych
Z dziś z wczoraj z jutra..

Otwierasz oczy
Odstawiasz go na półkę
Wzdychasz głęboko
Czar prysł

Statek w butelce nigdzie nie popłynie

Twoja Myśl... (7)


:: 20.03.2007 :: 22:35



Znów się dużo wydarzyło, ale czas też opisać minione dzieje, na które wytchnienia zabrakło ;) Dzisiaj mimo poniedziałku jakoś nie miałam za dobrego dnia – wykład z filozofii był męczący, a na statystyce mieliśmy zastępstwo z kolesiem, który się strasznie gubił i aż było go nam żal…Co do filozofii to na razie dzisiejszy wykład przemilczę, ale poniżej umieszczam link do poprzednich dwóch – moim zdaniem są dość ciekawe (może poza Lockiem i końcówką) – nie chodzi mi o informacje same w sobie w nich zawarte, lecz bardziej o tok myślenia człowieka dawniej, o tematykę jego rozważań, o to, nad czym się ludzkość zastanawiała…ja np. choćbym nie wiem ile filozofowała w życiu by mi nie przyszło do głowy by krytykować pojecie przyczyny jako takie, podczas gdy ludziom w Oświeceniu to przyszło na myśl…Więcej w wykładzie i zapraszam do czytania, jeśli będzie wyrażone zainteresowanie tymi tematami (wróżką nie jestem, więc jak coś proszę krzyczeć ;) ) to będę częściej umieszczać owe wykłady, jeśli odzewu nie będzie, to nie będę was zanudzać, bo rozumiem, że kogoś może to nie interesować, choć dla mnie jest niesamowite jak czasami ludzie potrafią dziwnie komplikować sobie życie ;)

FILOZOFIA





Na wydziale ostatnio dziwne rzeczy się dzieją…Przenosiliśmy ćwiczenia i nagle się okazało, że jeden z bardzo zainteresowanych przeniesieniem owych ćwiczeń jest nieodpowiedzialnym gówniarzem! Nie dość, że zapomniał listy z podpisami studentów, którzy wyrażali zgodę na przeniesienie tych zajęć, to jeszcze miał ogólnie lekceważące nagle podejście, a gdy nie musiał nic robić, to krzyczał nieźle! Czym jednak mnie najbardziej wnerwił? Tydzień temu koleś na ćwiczeniach dał mu książkę i kazał by sobie grupa z niej odbiła polecenia, które robiliśmy w miniony piątek, aby już nie tracić czasu na zajęciach. Ów gówniarz co zrobił? Nie dość, ze nikomu nie dał owej ksiązki, to jeszcze w dniu ćwiczeń jej nie przyniósł!!! I nikt przez to nie miał treści…Co mi po jego przepraszam, gdy ćwiczeniowiec powiedział mu, że to było nieodpowiedzialne…A dodajmy, ze ów człek był w ciągu tygodnia na wydziale, w sensie ze się nic nie stało, co by mu uniemożliwiło przekazanie owej książki…Podobał mi się komentarz tej, co otwarcie mi mówi, że będzie kserowała na koniec semestru cały mój zeszyt (w tym semestrze z kolei po każdym istotniejszym wykładzie sobie bierze mój zeszyt i przepisuje te moje dopiski ołówkiem, których nie zdążyła przepisać ode mnie w czasie trwania wykładu ;) Choć mówiąc szczerze nawet mnie to nie irytuje dlatego, ponieważ nie odbieram tego jako wykorzystywanie, gdyż ona ma na serio problem z robieniem notatek, nie jest tak, ze jej się nie chce, ze się nie stara, bo wie ze ja istnieję – nie każdy potrafi dobrze notować). Zatem powiedziała ona hasło gdy poznała tą sprawę – „N o cóż - taki typ człowieka (niektórym nie dane jest się nauczyć w życiu i starać się być odpowiedzialnym) - pozwólmy mu jednak żyć ;)” Rozbroiła mnie tym ;)



Byłam na ćwiczeniach z metodyki wreszcie, na pierwszych nie byłam przecież, bo się ukrywałam (długa historia), na drugich byłam chora, więc dopiero zawitałam na trzecie – słyszałam różne opinie o tym człowieku, ale powiem CI, że jak na pierwszy rzut oka to jestem zachwycona tym jak prowadzi! Wiem, ze to pierwsze zajęcia dopiero, ale nadal fajnie choć raz być pod tym kątem mile zaskoczoną ;) Był bardzo konkretny, rzetelny, wiele od nas wymagał, ale też nie darł się, gdy robiliśmy głupie błędy, zwracał uwagę na to, jakie błędy mogą popełnić uczniowie, mówił o niejednoznaczności jeśli chodzi o zadania maturalne, naprawdę mówił wszystko to, co powinniśmy wiedzieć, bardzo wiele wyniosłam z tych jednych zajęć i mam nadzieję, że wszystkie następne także takie będą ;) To zaś co mnie przeraziło to niestety fakt, jak wielu studentów bierze się za korepetycje, a nie powinno…Osobiście mało się interesowałam tym tematem, ponieważ nie czułam się na siłach najpierw czasowo, a potem wiedziałam, że tak wiele nie pamiętam, ale zaczynam zmieniać zdanie odkąd widzę, jak ludzie, którzy w bólach przechodzą każdą sesję, a mimo to ostro jadą na korkach (ciekawe, jak one wyglądają…)…Ogólnie nagle wyszło jak wiele kwestii problemowych studenci nie wiedzą bądź nie pamiętają, ale tak naprawdę na jedno wychodzi, ponieważ co z tego, że potrafią coś policzyć, jak nie wiedza/nie pamiętają, że nie obliczyli wszystkiego…Nie mówiąc już o tym, ze pod kątem rachunków to naprawdę po studiach ludzie liczą strasznie, mylą się w podstawach kosmicznie, to przeraża...I tak pomyśleć, że te dzieciaki wychodzą ze szkoły, nie potrafią masy rzeczy z różnych przyczyn, idą na korki, a po nich nadal masy rzeczy nie potrafią, tyle że ta masa jest nieco mniejsza…Nie wiem, no, może ci studenci się nie przykładają do tak wielu rzeczy na studiach, ale przed każdymi korkami nagle siedzą nad książką, choć jakoś tego nie widze…



Ostatnio za to jeśli chodzi o kwestie kulinarne – jaką zrobiłam pyszną jajecznicę! Na prawdziwych jajkach, które miałam od G.G (uwielbiam naturalną, zdrową żywność), do tego wiejska prawdziwa kiełbasa, ciutkę cebuli, bo osobiście nie przepadam za cebulą w jajecznicy, Mój Mężczyzna ją lubi, dalej szly…grzybki :D Uwielbiam grzyby w dowolnej postaci ;) Poza tym tak fajnie poeksperymentowałam i już od wieków chciałam dodać kucharka do jajecznicy ale zawsze się bałam, że mi wyjdzie coś niezbyt smacznego, a tym razem zaryzykowałam i myślę, że to był dobry pomysł ;) Mojemu mężczyźnie też smakowała ;) skoro ostatnio jemy w miarę zdrowo, a jeśli już niezdrowo typu smażenie to na bardzo zdrowym ryżowym oleju, to tym razem stwierdziłam, że mogę sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa i owa jajecznica była na smalczyku również domowej roboty ;) Żyć nie umierać ;) Dzisiaj byliśmy za to w manufakturze w moim ukochanym NorthFish – uwielbiam ryby i spróbowaliśmy pierwszy raz w życiu tuńczyka – on z grilla, ja w panierce – był specyficzny, w panierce już nigdy nie weźmiemy, tym bardziej ze jednak jestem ogólnie przeciwniczką panierki, bo to przecież sam tłuszcz, ale ten z grilla na ostro był całkiem przyjazny ;)



No dobrze dzień mamy już kolejny – miałam nadzieję, ze uda mi się wczoraj tą notkę skończyć, ale nie byłam jednak w stanie…Dzisiaj też miałam się już uczyć, ale nie mam siły po jakoś takiej niefajnej nocy (spałam sama, bo moi rodzice na tą jedną noc wrócili) i aż 10h na wydziale, nie bardzo jakoś mam siłę się uczyć…Może jak wreszcie będę miała poczucie, że tutaj się coś znów pojawiło by zachować ciągłość, to będzie mi łatwiej się uczyło? ;) A powinnam nieco posiedzieć, jutro urodziny Mojego Mężczyzny toteż wiadomo uczyć się nie będę jak już wrócę o tej 17 do domciu. Swoją drogą dzisiaj mnie zawiózł na wydział i to jest tak paradoksalne – (czasami się zastanawiam, czy się nie powtarzam, bo czasami sobie myślę, co chciałabym umieścić na blogu i gdy piszę tak rzadko i na raty, to potem zastanawiam się, czy to już umieściłam, czy też jednak nie ;) ) gdy wyjdę z domu tak, jakbym szła na tramwaj, jadę samochodem mniej więcej tyle co właśnie ów tramwaj, ewentualnie 5 minut krócej. Gdy wyjdę o DOSŁOWNIE 5 minut wcześniej to potrafię jak dzisiaj być ponad pół godziny na wydziale przed czasem. Gdy wyjdę zaś DOSŁOWNIE 5 minut później, to nagle się okazuje, ze jestem na styk i są nerwy. Czy ktoś mi kiedyś wytłumaczy jak przewidzieć owe korki? Czy matematyka nie mogłaby się do czegoś przydać i niech mi ktoś wyliczy jakiś optymalny czas czy inne prawdopodobieństwo ;)

Dzisiaj ogólnie był dziwny dzień, niby nic wyjątkowego się nie wydarzyło, ale miała miejsce masa drobiazgów, które chętnie napiszę, ponieważ dobrze ilustrują codzienne życie, myślę, że nie są nudne (w sensie jednak jest o czym pisać) i chętnie sobie je pewnie po latach przypomnę ;) Czekanie na zajęcia owe ponad pół godziny sprawiło, że niemalże zasnęłam z kubeczkiem herbatki, która sobie zrobiłam w termosie Mojego Mężczyzny, ale na szczęście udało się uniknąć polania ;) Potem pierwsza godzina proseminarium – porąbany i totalnie niepotrzebny przedmiot! Dawniej był z sensem, ponieważ w czasie jego trwania studenci poznawali różne katedry, co potem wieeele ułatwiało, podczas gdy teraz każdy ma do przygotowania jakiś bzdurny referat do niczego nam niepotrzebny i totalna strata czasu…na pierwszy ogień z referatem poszła Dark Lady – było na pierwszej godzinie całkiem sympatycznie, były różne śmieszne sytuacyjnie sytuacje typu Dark Lady jakiś komentarz (nie mogę sobie przypomnieć jaki…), a na to babka „ Zarządziła!;)”. Tudzież potem coś tam, jak to „Teraz Pani Dark Lady tutaj rządzi”, a studentka na to: „Tak, ja mam kredę” ;) poza tym tłumaczyła co pisała i dało się przeżyć. Na drugiej godzinie już ludziom się nei chciało tak skupiać, bo jednak wiadomo jak to jest, gdy człowiek ma niby uważać na czymś, z czego jego wiedza nie będzie sprawdzona, ani prawdopodobnie do niczego potrzebna, no to Dark Lady też nie była szczęsliwa i nie dziwię się, tu chodzi o pewnego rodzaju szacunek do jej pracy jako taki… Na drugiej godzinie mówił chłopiec również z teoretycznej, który robił wrażenie o tyle, że pisał wszystko z pamięci…fakt faktem że wyszedł od rzeczy pewnie sobie w miarę znanej, ale nadal…Szkoda tylko, ze ogólnie caly temat wydał się taaaki nudny….



Potem mieliśmy elementy prawa oświatowego – to jaki będzie ten przedmiot się dopiero okaże, na tą chwilę jednak pewne jest, że facet jest niezwykle nietypowy i będzie co o nim pisać na blogu ;) Kojarzy mi się z kimś gejowatym, ale w pozytywnym, zabawnym tego słowa znaczeniu (mimo obecnych afer….) – ma zawsze dziwny uśmieszek przyczepiony do twarzy, nosi obrączkę bardzo cienką, wręcz damską, ma dość wystające jedynki jednak nigdy nie domyka ust, przez co wciąż je widać, mówi spokojnie, stonowanie, ale ogólnie to ciężko go lepiej opisać, jego trzeba zobaczyć…jego ubiór, sposób poruszania się, wypowiedzi ;) Taki zagubiony śmieszny człowiek, który na moją radę, by sobie skombinował aktualną listę ludzi chodzących na jego przedmiot stwierdził, że chyba rzeczywiście po nią pójdzie do dziekanatu, na to ktoś już się ulitował i rzucił, jak to jeszcze jest dziekanat zamknięty, więc mu radzę by nietypowo i długo pukał to mu otworzą, co już zostało wcześniej przetestowane, na to on z tym swoim uśmieszkiem w zwolnionym tempie: „Mówi pani nietypowo i długo pukać, nie wyważać…” ;) Podał nam swój numer telefonu i ogólnie strasznie specyficzny ;) Z takich humorystycznych rzeczy, to dzisiaj podchodzi do mnie chłopiec Dark Lady w sprawie zeszytu, który mu pożyczyłam i mówi, że dzwonił do mnie, ja mu na to, że to normalne, ze nie słyszałam, bo mam zawsze wyłączony dźwięk w telefonie (a przy wibracji wypada mi przycisk z cyferką 2) i mówię, by w razie czego na przyszłość dzwonił do Tulipanki (Figurującej często na blogu jako Jedna z Wielu), a on tak myśli, czy dobrze kojarzy osobę z imieniem i nagle hasło: „To ta wyższa szczuplejsza od Ciebie?”. Rozbroił mnie tym! Facet! Wiem, że nie miał nic złego na myśli, a ja jak na razie mimo różnej diety nadal nie przytyłam, więc wciąż się do grubych nie zaliczam, ale nadal takie coś usłyszeć?! Dobrze, że umiem się mimo wszystko śmiać z takich rzeczy ;)



Wciąż walczę z kaszlem, jakoś nie chce mi do końca przejść ;( A się doczekać nie mogę, bo wciąż nie udało mi się zaciągnąć mojego Mężczyzny na jakiś kurs tańca, choć nadziei nie tracę, za to prawdopodobnie uda mi się chodzić na siłownię, co by mi się bardzo przydało tak psychicznie, ja potrzebuję jakiegoś wysiłku w stronę siłową, a nie mam zacięcia by ćwiczyć w domciu ;) Byliśmy po zajęciach w takim maleńkim carefourze między blokami – jakie dziwne cos ;) Za to kupiliśmy tam herbatkę Herbapolu o smaku truskawki z wanilią – bardzo specyficzna, pozytywnie, choć nie prędko kupię następną, ale t o dlatego, bo ja ogólnie raczej z dystansem podchodzę do specyficznych połączeń, lecz cieszę się, że spróbowałam ;) Jeszcze muszę spróbować galaretki, którą dostałam od Tulipanki o smaku granata, teraz wyszła o smaku kaktusa ;) Wracając do mojego dnia – potem był wykład z geometrii różniczkowej na którym w sumie tylko udowodniliśmy jedno twierdzenie i lemat, czego osobiście bardzo nie lubię, ogólnie nie przepadam za dowodami a jak jeszcze są takie długie i skomplikowane to już w ogóle…Spróbowałam obiadu w bufecie uczelnianym skoro byłam tyle godzin na wydziale i był schabowy – nic wyjątkowego, ogólnie jakoś tak niezbyt mi przypadł do gustu i myślę, że jednak jak już jestem taka głodna, to zostanę przy zapiekance…Miałam okienko na którym troszkę udało się pogadać z Tulipanką i próbowałam przepisać ze zrozumieniem ćwiczenia drugiej grupy z geometrii różniczkowej, co mi niestety średnio szło…



Za to była mała afera (na razie mała…) ponieważ tej, co kseruje ode mnie potem całe zeszyty (kurcze, muszę dać jej jakąś ksywę z okazji prowadzenia bloga, ale nie bardzo mi przychodzi na myśl coś trafnego…) zawalczyła wreszcie z sukcesem odnośnie przełożenia wykładu…Ponieważ nie wiem, czy wspominałam, ale pokrywał mi się wykład z Psychologicznych i Pedagogicznych Podstawy Procesu Nauczania – uczenia się oraz Geometrii Różniczkowej 1, a że jestem osóbką, która docenia możliwość chodzenia na wykłady, oba uważam za istotne by ta obecność miała miejsce, to owe pokrycie się ich było mi bardzo nie na rękę. Próbowałam pomóc dziewczynce od ksero w tej walce, jednak ludzie woleli być obojętni lub narzekać, marudzić nawet, gdy nie mieli na co, niż przynajmniej nie przeszkadzać, skoro już nie chcą pomóc. Zatem dziewczynka od ksero załatwiła to za plecami studentów z samą kadrą…Zaproponowała termin niezwykle dogodny, sprawdziła w planie by wtedy studenci nie mieli innych zajęć, to była cała przemyślana i pełna strategii akcja, jednak wiadomo, że nie uda się dogodzić wszystkim, gdy ludzie nie chcą współpracować…Obecnie już kilka osób się oburzyło w związku z faktem, że zostało to załatwione za plecami studentów i teraz ktoś tam ma dwie godziny okienka! Ogólnie lludzie się zaczęli czepiać, a najgłośniej krzyczeli ci, których to nie dotyczyło…nie wiem, jak się cała sprawa zakończy, bo moim zdaniem obecnie jest tak jak powinno, nikt nie jest postawiony w sytuacji bez wyjścia, wszystko zostało dobrze zaplanowane (to że ja byłam informowana na bieżąco, to inna kwestia :>) i może to nauczy ludzi, by jednak na przyszłość interesować się sprawami, które nas wszystkich dotyczą zamiast podchodzić na zasadzie, ze skoro jest problem, to na pewno się go nie da rozwiązać…



Za dwa odcinki finał jednego z dziesięciu ;) Uwielbiam ten teleturniej, tak doskonale systematyzuje i wzbogaca moją wiedzę, bardzo lubię prowadzącego i ogólnie fajnie, ze mam w sumie częściej obecnie możliwość oglądania go, mam nadzieję, że nie przegapię finału, choć różnie z tym może być…Nie pisałam chyba jeszcze o Tańcu z gwiazdami, nieprawdaż? Swoją drogą strasznie chaotyczna ta notka, widać zmęczenie….jednak mam chęć jeszcze troszkę popisać o tych wszystkich zwykłych sprawach, o ważniejszych kwestiach typu wizyta u G.G napiszę, jak będę mniej wyczerpana…Zatem co do ostatniego odcinka, to tańczyli całkiem nieźle. Nadal uważam, że gówniarz od córki (nie wiem jak on się nazywa a nie chce mi się sprawdzać, chyba Obuchowicz czy jakoś tak, ile on ma lat?) jest niesamowity rytmicznie…Tyszkiewicz powiedziała, że on ma czas i świetnie to ujęła, rewelacyjnie tańczy, naprawdę robi wrażenie moim zdaniem…Zirytowało mnie to, jak bardzo zjechali w moim odczuciu nie do końca słusznie Tuskównę nie mówiąc już o tym, ze hasła, że tańczyła jak plastikowa lala są moim zdaniem nie na poziomie i gdyby mieli kogoś obrażać, to by do jury wzięli Wojewódzkiego, a jednak przecież tego nie zrobili z jakiegoś powodu… Ogólnie jury mnie strasznie irytuje i jakoś nie jest mi żal wychodzić wtedy zrobić herbatę czy coś… Odpadła para która była mi obojętna, więc się ucieszyłam, ogólnie dla mnie się niczym nie wyróżniali, nie wzbudzili we mnie żadnych emocji. W sumie jak na moje zmęczenie to chyba tyle na temat tego programu.



Wracając do mojego dzisiejszego ‘cudownego’ dnia…Potem wreszcie docieramy do ćwiczeń z geometrii różniczkowej…Sporo jest na nich stresu, ponieważ obecnie będzie tak, że następują one tuż po wykładzie, a jednak ciężko jest zaraz po wykładzie przyswoić to co na nim było i umieć bez przemyślenia zastosować…Chodzimy na ćwiczeniach do tablicy po to, bo prowadzącemu się nie chce robić kolokwium i stwierdził, że my jesteśmy od tego, by go zabawiać, dostarczać mu rozrywki – mówił to z uśmiechem starszy siwy pan z brodą ;) Początek był szczególnie ciężki ponieważ…Robiliśmy to, co mieliśmy z innym prowadzącym na poprzednich zajęciach, czyli najwyraźniej nie porozmawiali ze sobą! No i każdy miał dylemat który jednak szybko został zastąpiony ryzykiem z cieniem tupetu. Skończyło się co ciekawe dobrze dla odmiany! Mianowicie NIKT się nie odezwał, że to już mieliśmy i kilka osób (gdzieś tam była tez moja kolej) poszło do tablicy, zatem jakiś start już jest ;) Niestety jesteśmy pierwszą grupą, co działa oczywiście na naszą niekorzyść, bo nie możemy sobie brać ćwiczeń od tamtych, ale jednak, nie można zawsze mieć lepiej. Zobaczymy jak będzie, pocieszające jest to, że ów dziadek gdy ktoś stoi przy tablicy i niezbyt mu to idzie, to pomoże zamiast krytykować i kazać usiąść, wiec może się uda tego koła nie pisać…Bo po to chodzimy do tablicy by mieć odpowiednio dużo aktywności i nie musieć pisać kolokwium, co ma swoje plusy i minusy jak i wszystko…



Ten piesek na zdjęciach to Ati (Wspominałam, że gdyby był dziewczynką, to się chłopcy śmiali, że nazywałby się Nvidia ;)) – byliśmy całe wieki temu u kolegi ze studiów Mojego Mężczyzny i właśnie miałam okazję niestety krótko, ale zawsze, pobawić się z tym słodkim stworzonkiem – nigdy w życiu nie widziałam bardziej towarzyskiego i słodkiego psa ;) Był ekstra ;) Choć co najmniej zaskakiwało mnie to, jak wszyscy wokół niego skakali, typu kładli go spać co chyba 3 godziny by ich potem nie budził w nocy i inne takie ;) Ogólnie słodkie stworzenie ;) Choć jednak takiego to przecież na trawę pod blokiem nie wypuścisz…teraz szczególnie mi przeszkadzają właściciele psów a dokładniej ich podejście do tego, co pieski zostawiają, bo jednak, ani zdjęć kwiatków się nie da zrobić, ani usiąść na trawie w parku, ani zrobić zdjęć trawy z poranną rosą, nic z tych rzeczy,….W ogóle by się zbliżyć do jakiś kwiatków na środku trawnika, to trzeba przebyć niezły slalom, to przecież jest chore…Pozostałe zdjęcia to kominek i lampka z pokoju właściciela Atiego, tulipanek, którego mi kupił Mój Mężczyzna i mój słodki karmniczek, który drugi rok jest w mieszkaniu, bo nam go szkoda dać na dwór by się nie zniszczył ;)



Ostatnio grałam z Tulipanką namiętnie w grę, jaką pokazał nam facet na Psychologicznych i Pedagogicznych…Polega ona na tym, że jedna osoba wymyśla sobie liczbę całkowitą z przedziału 1-500 a druga ma 10 pytań, na które odpowiedź może brzmieć tylko tak lub nie i w 10 pytaniu najdalej musi tą liczbę zgadnąć. Zabawa naprawdę super na czas, gdy nie bardzo jest co robić itp., choć przyznam, że tulipanka jest w niej niezła, dzisiaj miałam liczbę 161 = 23*7, czyli jest złożona i nieparzysta na czym własnie polega trudność, ale skubana i tak odgadła ;) Z takich drobiazgów – obejrzałam w końcu opowieści z Narni…nie zrobiły na mnie większego wrażenia i myślę, że szybko je zapomnę ,nie były złe, nie usnęłam na nich, ale nadal spodziewałam się czegoś z większa ilością magii i słów do zapamiętania…A już na pewno podczas oglądania ich nie przyszło mi do głowy by się doszukiwać odwołań do biblii, ale może to ja jestem dziwna? Z innej beczki – dzięki rapidshare świetnie nam idzie ściąganie tego, co potrzebujemy, a jak uzyskaliśmy dostęp do rapidshare? Przez allegro! Zaskoczyło mnie to kosmicznie i znów potwierdziła się zasada, że jeśli czegoś nie ma na allegro, to tego nie ma ;) Z rodzicami dogadywanie się idzie dość mocno różnie, wiele się pozmieniało, dziwna ta sytuacja, że oni zaczynają traktować dom jak hotel, a z drugiej strony jakoś chyba też częściowo dzięki uzyskanej niezależności wydoroślały moje stosunki z nimi, bardziej się pytam ich o radę i rozmawiam na tematy związane z ich życiem lub moją troską o nich niż na jakieś inne…



Jejku jak tak patrzę, ilu rzeczy nie opisałam….Np pogubiłam się już totalnie, co pisałam a co nie o praktykach, tym bardziej, że tak wiele osób się mnie o nie dopytywało, że już nie wiem w ogóle co komu opowiedziałam, co gdzie napisałam itp. ;) a przecież były istotne, fajnie byłoby zachować z nich jakieś wspomnienia…Może jak będę mniej zmęczona to przejrzę notki i spróbuję jednak napisać coś o nich? Nie wiem też czy wspominałam, ale namiętnie hoduję rzeżuchę – co tam, że jeszcze nie ma świąt, stwierdzi lam, ze wcale nie będę na nie czekała bo i po co, skoro mam na nią chęć ;) Teraz w ramach eksperymentu kupiłam sobie nasiona rzodkiewki i je posieję zobaczymy czy wyrosną kiełki i jak będą smakowały. Ogólnie bardzo mi się marzy, by rodzice już się wyprowadzili na stałe…Miałabym wreszcie wszystko po swojemu, jakieś kwiatki na balkonie i inne takie a tak…Ale już nie marudzę ;) Po prosty nie sądziłam, że będzie rodzicom tak ciężko znaleźć w Piotrkowie coś dla siebie własnego… Choć ostatnio, gdy jakiś facet do niej zadzwonił, to tak fajnie zaczął opowiadać o tym domu jaki miał do sprzedaży, ona słucha, pyta o wykończenie, wielkość terenu itp. itd., rozmowa się kończy i okazuje się, że nie zapytała o cenę ;) usprawiedliwia ją to, że prowadziła wtedy ;) Ogólnie to teście są dla nas bardzo mili, teściowa dała nam filipsa (no to z ostrzami co np. mieli ziemniaki na placki, czy można w tym łatwo poszatkować kapustę na surówkę itp.), co było kochane z jej strony, bo jednak ona też go potrzebuje…tak pewnie będzie gotowała jeszcze mniej, ael nadal ;) Staramy się odwdzięczyć jak możemy, typu gdy tylko robię jakieś placki, to robię więcej, by było też dla niej itp., bardzo mnie tym zaskoczyła ;) No dobrze, to chyba tyle, czas pomyśleć o śnie też kiedyś ;) Na zakończenie piosenka, którą świetnie mi się śpiewa, lubię do niej tańczyć i dopiero teraz podczas tańca z gwiazdami dowiedziałam się, ze ma swój anglojęzyczny odpowiednik!



Było to temu z rok, było w maju.
Pachniał bez wzdłuż i wszerz
W całym kraju.
Pewien pan, miły pan z Amsterdamu
Powiedział wprost:
"Ty moja bądź, Droga Aniu!

Skoro świt ja i Ty wyjeżdżamy
Mam swój dom
Tam gdzie rosną tulipany."
"Będziesz tam, mówił pan, pierwsza damą,
Dlatego dziś mą musisz być,
Moja Aniu!"

Baju baj, baju baj, proszę Pana!
Ja nie jestem taka pierwsza lepsza Ania.
Znam swój styl,
Znam ten hit już na pamięć.
Czego pan chce? Poskarżę się mojej Mamie!

Lecz ten pan w oczach miał łzy prawdziwe.
Ten łez sznur
Leciał mu w kufel z piwem.
Pachniał bez wzdłuż i wszerz
W całym kraju.
A on wciąż: "Moja bądź, Droga Aniu!"

Baju baj, baju baj, proszę Pana!
Ja nie jestem taka pierwsza lepsza Ania.
Znam swój styl,
Znam ten hit już na pamięć.
Czego pan chce? Poskarżę się mojej Mamie!

Twoja Myśl... (5)




Przy porannej kawie

Wrażliwie i pięknie

Błękitna zieleń

Niesamowita kobieta i konie...

Po prostu - Witwicka!

Mama Smyka i nie tylko

Blog polonistki Anny

Angel in red

Fotoblog pejzaże karpackie

Niech żyje bal




Parę innych stron

Kilka ładnych słów

Bardzo oryginalne :)

Katedra światła

Facet na wesoło

Róże

Niesamowite...

Słowa bardzo ważne

 

2014
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień