:: 29.10.2013 :: 20:59
Wróciłam do czytania Wysokich Obcasów. Brakowało mi ich. Lubię te poruszane tam tematy do dyskusji.

Pogoda cudowna, nie pamiętam tak ciepłej końcówki października.

Kot nawet czasami się układa na mnie i mruczy. Niewygodne, ale przyjemne.

Wciągnął mnie Grey.

Pewnie ludzie takie rzeczy jak powyżej napisaliby na FB. Ja wreszcie mam tam konto, ale nadal jestem mu przeciwna i nie zamierzam korzystać więcej niż muszę. Ciekawe, czy naprawdę tak się da.

Miałam fajną sytuację w McDonaldzie dziś. Generalnie rzadko tam chodzimy, ale z powodu wielkiego kryzysu w życiu zawodowym postanowiliśmy pod wpływem chwili pozwolić sobie na coś niezdrowego. Dość szybko udało się ustalić że chcemy jakieś tam kurczakowe pudełeczko za 19,90, sosy i do tego skoro mały napój był za 2zł, to uznaliśmy, że ok. Byliśmy po całym dniu i wybieraniu dla mnie oprawek do okularów na które się wreszcie zdecydowałam (zmiany, zmiany, zmiany), godzina przed 18, lekkie zmęczenie (tym bardziej po zmianie czasu).

Moje Kochanie daje kasjerowi 25zł, ten zaś nie wręczając nam rachunku ani reszty zaczyna obsługiwać kolejną osobę. Szybkie spojrzenie na kasę, na której był rachunek ponad 23zł i pytam dlaczego, skoro cola powinna być za te 2zł. Kasjer się speszył, pogubił, wydał 1.50zł i wrócił do kolejnej osoby. Ja się pytam Sebcia czy dobrze widziałam ile dał sprzedawcy, a ile ten mu wydał, bo przecież powinien wydać więcej. Czekam aż biedny pracownik McDonalda skończy z następną osobą po czym zwracam grzecznie uwagę na to, że reszta wydana jest za mała. Pracownik najpierw protestuje, ale gdy spokojnie tłumaczę swoje stanowisko z rozbrajającą szczerością pyta, ile jeszcze powinien mi wydać. Na to mój szeroki uśmiech i spokojne wyliczenie co i jak - też byłam zmęczona i chciałam, by dla wszystkich było jasne, że taka kwota jest prawdziwa, że nikt nikogo nie oszukał.

Ostatecznie dostaliśmy naszą poprawną resztę. W między czasie okazało się, że na tacy z zamówieniem innych osób była nasza małą cola z lodem, więc nim włożyliśmy do niej rurkę znów z uśmiechem poprosiłam o następną, bo sprzedawca nawet na kasie wbijał, że ma być bez lodu, a dziś zdecydowanie na lód ochoty nie miałam ;) Później w czasie rozmowy o pogodzie z rozbrajającą szczerością stwierdził, że nie ma pojęcia ile będę musiała jeszcze czekać na swoje zamówienie ;) Śmieszny człowiek ;)

Fajny był komentarz dziewczyny za mną, gdy próbowałam wyliczyć brakującą resztę w 'dialogu' ze sprzedawcą, bo się uśmiechnęła i pogratulowała mi matematyki ;) To było ciepłe a nie sarkastyczne i uśmiechnęłyśmy się do całej sytuacji ;) To jest fajne w małych miejscowościach, ludzie są bardziej otwarci, w Łodzi dużo rzadziej miałam takie sytuacje, a i ludzie pracujący w McDonaldach łódzkich wydają się bardziej spięci w obliczu pomyłki (też już niejedna im się zdarzyła przy moich zamówieniach).

Kolejnym wielkim plusem dzisiejszego dnia była niespodzianka od Mojego Kochania - kupił mi grę planszową 'Postaw na milion'! To było takie fajne a gra jest super, szkoda tylko ze pytań tak mało, że na tak krótko wystarcza. Bardzo miło spędziłam przy niej dziś czas. Było ileś śmiesznych sytuacji, typu Moje Kochanie pyta mnie kim jest Tony Stark, a ja na to przybieram dziwną pozycję, wydaję dźwięki jak startująca rakieta (!!!) i mówię, żę to taki bogaty co robił wwwwwwwww i do góry ;) Czasami mam takie akcje :) Zawsze się wtedy śmiejemy ;) Z Mamą też graliśmy i było fajnie. Byłoby super, gdyby nas zaproszono do tego teleturnieju, bez względu na zakończenie przygoda by była ;)

Ostatnim plusem z dziś - fajnie było tutaj coś napisać. Brakowało mi tego ;) Buziaki i do następnego!
Twoja Myśl... (1)


:: 30.06.2013 :: 22:39




Ciąg dalszy opowieści o Dusznikach 2013 ; )

Poniedziałek

Byłam tego dnia tak padnięta, że nie opisałam wszystkiego na bieżąco a zapominam bardzo szybko. Ech. Z tego co pamiętam, to mimo tego, iż położyłam się w niedzielę wcześnie, to wstałam strasznie późno bo po 9, ale dobrze było tyle spać. Oczywiście przywitał nas deszcz. Zjadłyśmy na śniadanie bułki zrobione na drogę – tak, zawsze robimy ich za dużo. Obejrzałyśmy pół ‘Narzeczony mimo woli’ i gdy się troszkę przejaśniło wyszłyśmy z parasolem na miasto. Chciałam Mamę wyciągnąć na pobliską górkę gdy przestało padać, ale się nie dała. Zaliczyłyśmy więc rynek – całkiem przyjemny, zjadłam palucha czosnkowego w piekarence i weszłyśmy do kilku sklepików z pamiątkami, w których oczywiście nic sensownego nie było. Ogólnie niegóralskie te góry – nie ma owiec, nie ma oscypków, nie ma wyrobów góralskich. Ale i tak je lubię. A co ;)



Muzeum papiernictwa o dziwo mimo poniedziałku było otwarte i bardzo nam się podobało, fajnie było na spokojnie po nim pochodzić, poczytać o historii, naprawdę przyjemnie to było napisane. Łącznie chodziłyśmy dobre 5h więc nieźle. Zaliczyłyśmy też dworek Chopina którym byłyśmy bardzo rozczarowane, że nam puścili krótką historię o tym, jak to ten wspaniały muzyk odwiedził to miejsce i tyle, zamiast trochę jego życiorysu jeszcze i choć kawałka twórczości, ale co zrobić. Byłyśmy też w pijalni wód takie zmarznięte, bo zimno było okrutnie i tak śmiesznie, bo mama się swoją zachwyca, a ja się na swoją krzywię sądząc, że piejmy tą samą. Okazało się jednak, że Mamy była ciepła a moja zimna, czyli piłyśmy różne ;) Śmiesznie ;)




Wtorek

Miałam nadzieję, że dziś wyciągnę Mamę na Skalne Miasto po stronie Czech, ale jak zobaczyłyśmy wczoraj pogodę na dziś, to umówiłyśmy się tak, że gdy Mama się obudzi i będzie padać, to niech mnie nie budzi ;) Mimo tego, że położyłam się krótko po 22 jak to ja, to pewnie z tego wysiłku, wrażeń itp. To i tak się obudziłam dopiero koło 8.30. Oczywiście padało, więc po śniadanku by przeczekać deszcz, który wg prognozy internetowej miał minąć lada chwila skończyłyśmy obrazek logiczny tj Mama kończyła obrazek, który na szczęście wyszedł, a ja zrobiłam wielokropek i piramidę, haha! Spakowałyśmy dużo ciepłej herbatki i wyruszyłyśmy na Torfowiska pod Zieleńcem. Dojazd do samych Torfowisk taki sobie, bo oznakowania były kiepskie, ale dałyśmy radę ;) Zatrzymałyśmy się na parkingu na jedno auto – dosłownie! Poszłyśmy na szlak. Do samych torfowisk doszłyśmy bez przeszkód. Widoczek byłby ładniejszy gdyby nie mgła, a same torfowiska takie sobie – po prostu bagnisty teren i tyle, dużo ładniejszy był odpowiednik w drodze na Śnieżkę, czy gdy mu tam z Sebciem je widzieliśmy ;) Za to jaki wspaniały był tam las! Nawet sobie nie wyobrażasz! Nigdzie takich pięknych lasów nie widziałam…Zdecydowanie las lasowi nie równy. Tutaj feeria barw była niezwykła… Ta intensywność zieleni, ojej aż ciężko to opisać… Drzewa prześliczne, gęste świerki i ogromne modrzewie… Każdy chyba możliwy rodzaj mchu i miliony mniejszych i większych górskich strumyków – człowiek czuł się jak w bajce, miał wrażenie, że zaraz zza jakiegoś głazu wyłoni się krasnoludek ;) Zjadłyśmy bułkę – ostatnią z tych zrobionych na drogę i całe szczęście, ile można;)



Naprawdę śliczne okolice i totalnie bezludne, co też miało swój niewątpliwy urok. Dość czysto i głośno od ptaków. Niestety niebyło innych zwierzątek typu chociaż myszki, których w jurze pod dostatkiem, ale co zrobić. Wracając do dzisiejszej wycieczki – z torfowisk poszłyśmy dalej dłuższą trasą licząc też, że zobaczymy źródełko. Tutaj zaczęła się trudniejsza część. Gdy znalazłyśmy skrzyżowanie szlaków był znak, iż do ujęcia wody jeszcze 1,5km, więc uznałyśmy, że to nie dla nas. Poszłyśmy w stronę auta ale… okazało się, że droga nie jest oznaczona! Niestety zapomniałam kompasu (ciekawe na ile umiałabym się nim tak naprawdę posługiwać, gdyby przyszło co do czego ;>), więc polegałyśmy tylko na mapie i mojej orientacji. Mijałyśmy dwie mapy tyle że obydwie były za strumykiem przez który nie szło przejść i na tyle daleko, że i tak nic na nich nie widziałyśmy. Na innej, która była obok nie było z kolei informacji ‘tu jesteś’. Ale tak czy inaczej poradziłam sobie i byłam z tego bardzo dumna ;) Chyba poszłyśmy tak jak miałyśmy, aczkolwiek nie było na naszej trasie punktu odpoczynku, a był na mapie. Mama mruczała, że potrzebuje usiąść, a naprawdę nie było gdzie, no i wszystko kosmicznie mokre. Gdy tak szłyśmy, zauważyłam w oddali coś, co wyglądało jak dach. Postanowiłyśmy zobaczyć co to za budynek. Zbliżając się widziałyśmy, że to raczej nic groźnego, więc miałyśmy nadzieję, że Mama będzie mogła tam odpocząć. Nagle zaczęły się bobki saren, ale w tak ogromnej ilości, że aż pomyślałam, że to może jednak coś innego? Ale po pewnym odcinku okazało się, że… to jest paśnik! Ech. Powrót by jak najmniej ‘naruszać skażony teren’ też był ciężki i oczywiście jak na złość żadnej sarenki nie widziałyśmy. Ptaki też było słychać, ale nie widać, ale dobre i to ;)



Gdy doszłyśmy do asfaltowej drogi nie byłyśmy pewne, czy wyszłyśmy w tym miejscu, w którym chciałyśmy, skoro nie było oznaczeń szlaku, ale jednak wydawało mi się, że wiem, gdzie jest auto (może jednak kiedyś się przekonam do nawigacji w telefonie i nie będę męczyć w takich sytuacjach?). Mama nie była przekonana, ale wreszcie poszła za mną (ona w ogóle nieufna jest, ech). Na szczęście szybko spotkałyśmy kobietę, więc doskoczyłyśmy do niej z pytaniem, czy jak szła, to czy mijała małe srebrne auto. Potwierdziła. Uff ;) Doszłyśmy szybko do mojego wozidełka i zgodnie z umową wróciłyśmy po kuracjuszkę dusznicką jak się okazało i zawiozłyśmy do miasteczka ;) Po drodze chciałam zobaczyć punkt widokowy, ale znów była taka mgła, że zastanawiałam się, gdy przeciwmgielnych nie włączyć, zatem nawet nie było sensu na parking zajeżdżać, skoro jego końca nie było widać w mleczno-białej poświacie. Po powrocie zjadłyśmy gołąbki, które Mama zrobiła – Ona robi pyszne ,tylko ja nie lubię mięsa mielonego z indyka, ale co zrobić, nie ,a co wybrzydzać, trzeba zjeść. Jeszcze na jutro mamy. Bleh. Namówiłam potem Mamę byśmy pojechały na Błędne skały jeszcze skoro nie pada. Sprawdziłam w necie, że wjazd są o pełnych godzinach, więc skoro 4h chodziłyśmy po bagmach to znaczy torfowiskach, więc dopiero 16.20 byłyśmy w kwaterze, 16.40 odgrzewały się gołąbki i sprawdziłam godziny, czyli wiedziałyśmy, że dopiero na 18 możemy jechać. Gdy dojechałyśmy okazało się niestety, że ostatni wjazd był o 17. Ech. Od lipca będzie ostatni o 18. ;( No nic. Zatem wróciłyśmy straszną serpentyniastą drogą do Dusznik.



Kuracjuszka o której wspominałam powiedziała, że w Dusznikach jest ładna stacja kolejowa, więc wyciągnęłam chociaż do niej Mamę by w kwaterze po prostu nie siedzieć i wykorzystać to, że nie pada. Stacja naprawdę ładna, stara, szkoda ze nie jest odnawiana. Obecnie jest w niej sprzedaż materiałów budowlanych i tak fajnie, bo drzwi były uchylone i jak człowiek zajrzał do środka, to jeśli pominąć reklamy Atlasów i innych takich, to miał wrazenie, jakby przed chwilą odjechał stąd pociąg, jakby zegar taki typowo dworcowy pokazywał poprawną godzinę, jakby przed chwilą na dworcowych ławkach siedzieli podróżni. Fajne miejsce, podobało mi się ;) Wracając już było za późno by zaliczyć kościół z amboną w kształcie wieloryba, którą tylko przez kratę jak dotąd widziałyśmy, więc po drobnych zakupach w biedronce wróciłyśmy na dobre do kwatery i mogę napisać te oto słowa ;) Mama w tym czasie kończy ‘Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet’ i bardzo jej się podoba, a ja pogadałam sobie z Moim Kochaniem – lubię go słyszeć i słuchać ;) Jutro ma padać… Zobaczymy jak to będzie ze zwiedzaniem. Informacja od Salomona o klęsce żywiołowej w Czechach i zamkniętych ulicach w Pradze sprawił, że trochę mniej przykro mi, że nie zobaczymy tej niezwykłej stolicy, choć i tak szkoda. Może innym razem się uda…



Twoja Myśl... (0)




Przy porannej kawie

Wrażliwie i pięknie

Błękitna zieleń

Niesamowita kobieta i konie...

Po prostu - Witwicka!

Mama Smyka i nie tylko

Blog polonistki Anny

Angel in red

Fotoblog pejzaże karpackie

Niech żyje bal




Parę innych stron

Kilka ładnych słów

Bardzo oryginalne :)

Katedra światła

Facet na wesoło

Róże

Niesamowite...

Słowa bardzo ważne

 

2015
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień