:: 12.01.2012 :: 21:25

Czwartek. Zwykle czwartki to całkiem fajne dni i ten też miał swój urok. Bo widzisz, u mnie wszystko jest cyklicznie, dni, tygodnie, miesiące są pełne pozytywnej rutyny, której Seba nie znosi, ale to już inna bajka. Mówię, że rutyna ta jest pozytywna, bo daje mi poczucie bezpieczeństwa, stałości, a to co robię po pracy może być oczywiście różne tak jak to co robię w niedzielę, by nie było nudno i jest ok;) W sumie nie opisywałam, jak wyglądają moje ostatnie tygodnie – można by nadrobić ;) Poniedziałki są ciężkie. Kolega, który siedzi naprzeciwko mnie w pracy zauważył, że jeśli jest dużo ludzi na drodze (chyba chłopak z Pabianic dojeżdża), to jest też dużo telefonów w pracy. Zaczynam zauważać podobieństwo. W poniedziałki zwykle jest dużo ludzi w tramwaju. Telefonów jest zawsze bardzo dużo, ludzie zapominają hasła przez weekend, wygasają im itp. Wtorki są zwykle spokojne, lub przynajmniej bardziej spokojne od poniedziałków, czasami dzwonią ludzie, którzy się w poniedziałek nie dodzwonili, lub dzwonić nie musieli. Wtorki kojarzą mi się z łyżwami, niby dopiero dwa razy byliśmy po pracy we wtorek na łyżwach, ale mam nadzieję, że jeszcze tam pojedziemy, jak się wychorujemy już ;) Środy są w pracy straszne, bo ludzie wymyślają problemy by nie pracować… Oj dzwonią z takimi dziwnymi rzeczami, na które nikt nie zna odpowiedzi, jest mało łatwych telefonów.

Czwartki są w pracy zwykle spokojne, za to często mam wtedy przygody na drodze, ale to też dlatego, że jeżdżę wtedy autem, bo po pracy zaraz jadę zawsze na korepetycje na Bałuty do dwóch dziewczynek z 6 podstawówki, a w pozostałe dni tygodnia staram się jeździć tramwajem do pracy, jednak tak istotnie taniej jest. Lubię korepetycje z nimi, zawsze dają mi wiele uśmiechu, zwykle przynajmniej u jednej z nich jest dobrze pod kątem nauczenia się, czy ocen, ale przede wszystkim długo już się znamy, znam ich braci i też czasami uczyłam czegoś, mają fajnych rodziców z którymi też lubię rozmawiać i ekstra psy ;) W środy lub piątki zwykle ląduję w markecie. W piątki dni w pracy są zawsze lajtowe, bo jednak ludzie już myślami są przy weekendzie, co niektórzy mają wolne, jest mało trudnych telefonów, zwykle jest przyjemnie i miła atmosfera. Czasami po pracy jakieś wyjście gdzieś, spotkanie z kimś, piątki są fajne. W soboty od rana korepetycje z chłopcem ze zdrowia, a potem z Kwiatkiem, czasami zakupy, jeśli nie zdążyłam wcześniej albo np. mięsko by jakiś fajniejszy obiadek zrobić. No i zwykle w soboty robię jajecznicę, skoro w tygodniu staram się chodzić do pracy na 7, to nie ukrywajmy, ale o 5 rano nie będę jajecznicy robić, a w sobotę gdy pierwsze korepetycje mam na godzinę 10 to już na jajecznicę pozwolić sobie mogę ;) Czasami robię ją w niedzielę, jeśli w sobotę nie zdążę. W sobotę też staram się dokończyć całe sprzątanie, pranie itp. Jeśli nie wszyło mi zrobienie tego w piątek oraz dopilnować Sebę, by posprzątał swoje rzeczy po to, by niedziela była pełna lenistwa. Staram się też zwykle mieć już obiad na niedzielę i niedzielę spędzamy jak tylko chcemy. Czasami to jest wyjazd do rodziców jednych lub drugich, czasami błogie lenistwo, różnie ;)

Ten czwartek jest o tyle inny, bo jestem przeziębiona i Sebuś też chory. On to tak na poważnie jest na antybiotyku, a wcześniej miał 38,5 gorączki. Ja po prostu od w sumie dwóch tygodniu pokasłuję itp., od poniedziałku brałam na własną rękę Groprinosinę, bo miałam zapas, ale gdy w środę już nie poszłam do pracy i średnio pomagała, to w końcu poszłam dziś do lekarza. Dzień zaczął się od tego, że miałam głupie sny i się budziłam w nocy, ale generalnie pomijając to całkiem nieźle spałam i w sumie się wyspałam, co ostatnio było dość trudne, więc to już mówiło o tym, że dzień będzie dobry. Potem prysznic i zrobiłam pierwszy raz w życiu jajka sadzone – prawie tak jak moja mamusia robi, też na dobrym smalczyku (nie takim z kostki tylko takim jak można w sklepach kupić na wagę w pudełeczkach z kawałkami mięska) i do tego pokrojony por. Dobre wyszły. Generalnie nie przepadam za jajkami sadzonymi, ale że dawno nie jadłam i nigdy nie robiłam… Ważne, że Sebciowi smakowały ;) Pewnie za szybko nie zrobię kolejnych, ale jeszcze kiedyś będzie miało to miejsce. Od kiedy mamy cudowną patelnię tą, co dostaliśmy od moich rodziców na gwiazdkę – smażenie jest dużo przyjemniejsze i bezproblemowe ;)

To jak przy gotowaniu jesteśmy to powiem Ci, że ostatnio zrobiłam całkiem ok fasolkę po bretońsku ;) Nie powala niestety, ale jest lepsza od poprzedniej. Na pewno przegięłam z ilością cebuli, ale przynajmniej nauczyłam się na poprzedniej tego, że nawet jeśli wszędzie w przepisach jest by gotować powiedzmy 1,5-2h fasolę, to jeśli z jakiś względów kupię taką drobną (bo w lidlu nie było większej), to ją skoro moczyłam, to po 40 min gotowania już dodałam resztę składników i jeśli o miękkość chodzi tak było zdecydowanie ok. Wczoraj natomiast pierwszy raz użyłam parowara. Zrobiłam w nim ziemniaczki – PYCHA, do tego po prostu pokrojona w kostkę marchewka, bo przypomnijmy, ze w parowarze nie wolno dodawać przypraw, zatem wszystko jest takie…naturalne, ale zgadzam się z hasłem reklamowym, że gotowanie na parze wydobywa prawdziwy smak potraw – ziemniaki na parze smakują bosko i dużo lepiej niż z wody. Dla niektórych to nie do pomyślenia, jak można zjeść ziemniaki bez soli i uwierz mi, że ziemniaki z garnka z wody bez soli też zjem, ale smakują tak sobie, podczas gdy na parze są niesamowite. Seba nie lubi marchewki, ale uznał ze ta jest całkiem dobra i zjadł ;) Jeszcze na koniec w ramach eksperymentu włożyłam dwa małe kawałeczki kurczaka, a tak to generalnie kurczaczka usmażyłam, to mnie kurczak nie przekonał, choć pewnie kiedyś jeszcze tak zrobię, natomiast Sebie smakował. Muszę o jakimś woku pomyśleć, by bez tłuszczu smażyć, tym bardziej skoro Seba jada głównie drób, to akurat bym robiła różne odmiany chńszczyzny ;)

Po pycha śniadanku i trochę polenieniu się w łóżku od rana – lubię leniwe poranki i nie spieszyć się nigdzie, pojechałam do lekarki. Tam praktykantem był Michał – kolega z podstawówki. Lekarka do mnie podeszła jak zawsze, toteż nie ma sensu o tym wspominać, ale Michał podszedł fajnie i miło było go zobaczyć po latach, prawie się nie zmienił. W poczekalni było spore opóźnienie, bo koło 30 minut (rekord należy do mojego Taty, który kiedyś jak czekał, to było opóźnienie 1,40h….) i była trójka dzieci – rozkoszne dziewczynki ;) Szkoda, że trochę piszczały i darły się jak to dzieci, bo to nie ułatwiało życia mojej głowie, ale i tak wywoływały zdecydowany uśmiech. Jedna była zabawna, bo co chwilę gdzieś stawała i pytała się mamy czy ta ją widzi i tłumaczenie mamy, że kiedy dziewczynka widzi mamę, to mama widzi dziewczynkę nie docierało do dziecka. Cała zabawa jednak była tak pełna uśmiechu, że nie sposób było pozostać obojętnym ;) Udało się wziąć zwolnienie tak jak chciałam i zapisać Tatę na wizytę, mimo że początkowo mi odmówiono, a jednak bez sensu byłoby aby danego dnia przyjeżdżał z Piotrkowa na darmo. Fajnie, że w sumie docenił i podziękował, aczkolwiek tradycyjnie totalnie nie zrozumiał jak mogę nie chcieć do niego przyjechać . No cóż, pod tym kątem się na pewno nie zmieni.

Skoro już byłam na swoim osiedlu, to weszłam do ulubionej piekarni, w której mnie całą wieczność nie było, a bardzo ją lubię. Nie bywam tam nie tylko dlatego, że w sumie mi nie po drodze, ale też dlatego, bo jednak jest dość drogo, ale za to tak dobrze… Nadal nie lubię słodyczy, nadal ich nie jem (mikołaje, które dostałam czy cukierki oddaję Sebci, cukierki na choince też są przy mnie bezpieczne), ale tak lubię wyrobi stamtąd, że poza pycha chlebkiem naturalnym (szkoda, że 5,30 za duży bochenek) kupiłam malutkie kosteczki serniczka i ciasta drożdżowego. Zarówno mnie jak i Sebie wszystkie trzy produkty bardzo smakowały ;) Była jakaś nowa pani i o dziwo była niemiła… Pierwszy raz sprzedawca w tym miejscu był dla mnie niemiły, było to strasznie zaskakujące. Ja ogólnie w miarę przyjacielska i miła dla ludzi jestem, toteż rzadko spotykam się z brakiem sympatii w odpowiedzi, choć wiadomo, każdy ma czasami gorszy dzień.

Za to dal wyrównania jak poszłam do warzywniaka, w którym niestety też wcale nie jest tanio, ale zwykle były dobre produkty, choć niemiła pani, to tym razem pani była przemiła. Fajna odmiana. Jeszcze tak miło, bo wyszłam po zakupach, zrobiłam kolejne w mięsnym i wracając weszłam znów do warzywniaka, bo por zapomniałam kupić, to pani mi go sprzedała bez kolejki tym razem mimo że dwie panie czekały – strasznie mnie tym zaskoczyła, było to bardzo miłe ;) W mięsnym miło było zobaczyć ulubione sprzedawczynie, z którymi gdy tam mieszkałam tyle rozmawiałam co tydzień, one też mnie oczywiście pamiętają. Pycha wędlinka była w promocji, wiec też byłam zadowolona. Na koniec tego załatwiania jeszcze weszłam do zegarmistrza (nie ma to jak ze stanem podgorączkowym załatwiać masę rzeczy…cała ja), bo uznałam, że jednak mi już nie bardzo łapie bateria od pilota do auta i głupio byłoby go kiedyś nie otworzyć. Ulubiony zegarmistrz się zdziwił, że ona w ogóle jeszcze działała ;) Powiedział, że była już całkiem rozładowana. Zabawne ;) Potem pojechałam do pracy dostarczyć L4, fajnie było te mordki zobaczyć, naprawdę lubię tych ludzi i gdy pewnego dnia robotę zmienię, będzie mi ich brakowało tak, jak brakuje mi tych, którzy już ją zmienili. Wróciłam do domciu starając się nie złorzeczyć na to, że ludzie nie potrafią jeździć, zjadłam słodkości i wyszłam na korki.

Pierwsza dziewczynka pochwaliła się, że z klasówki dostała 31/36 pkt, tj 86%, za co moim zdaniem nie powinno być 5, ale że całej klasie źle poszło, to nauczycielka powiedziała, że jak sprawdzi prace do końca to oceny wystawi, ale chyba będzie to 5. Poza tym, że słówek nie umiała w ogóle, to świetnie się z nią dziś pracowało, w ogóle super dziewczynka. Jej pies Baster oczywiście musiał się ze mną przywitać, bo inaczej bym do jej pokoju wejść nie mogła ;) Uwielbiam też tego psiaka, fajnie że pamiętam jak był taaaaki malutki;) Jak był szczeniaczkiem to jeszcze pamiętam jak w dzień kobiet weszłam w jego siusiu, bo nikt nie zauważył, pisałam o tym z tego co pamiętam ;) Druga dziewczynka niestety okazało się, że ta klasówka jej kiepsko poszła, ale o tyle się tego można było spodziewać, bo z pierwszą się przygotowywałam do klasówki przez 3 spotkania, a z drugą tylko przez jedno no i temat okazał się zbyt trudny. Też się nie nauczyła swoich słówek, mimo mojego pomagania jej nawet 50% z kartkówki nie miała ;( Ale poza tym praca była fajna, nadrobiłyśmy temat z klasówki, bo klasówka klasówką, ale jednak czas przeszły i tak umieć musi. Jej psiak też pierwsze co zrobił jak ze spaceru wrócił to przybiegł mnie przywitać ;) Zorka jest też ekstra ;)

Powrót do domu poza ludźmi niepotrafiącymi jeździć w miarę spokojny. Kupiłam herbatę, bo wcześniej zapomniałam, a jednak jak jestem chora to dużo herbatki piję i straszne byłoby być w domciu bez niej. Pogadałam przez tel z mamą. Julia sama od siebie napisała, że była na USG i urodzi chłopca, wybrali imię Igor – to było tak strasznie miłe, że napisała sama od siebie taką wieść, strasznie mnie tym zaskoczyła, fajnie tak ;) Przy obiadku obejrzeliśmy do końca Perfect Creature –lubię motyw wampirów, choć nadal nie przebiłam się przez Queen of the Damned, lecz jestem coraz bliżej. Jakieś tam pranie jeszcze w między czasie, a tak to udaje mi się nawet utrzymać dom w czystości, co przy chorym facecie wcale nie jest takie oczywiste ;) Ale on też się stara nie brudzić i zmywa ostatnio ;) A potem sobie pisałam te słowa tutaj. To był dobry dzień ;) Skoro powiedzmy, że mi się chce, to w notce tej zdjęcia Karpacza ;) Fajnie wrócić do notek ze zdjęciami, brakowało mi tego, choć nadal dodanie zdjęć zajmuje mi niepomiernie dużo czasu. A serial, który teraz kończę oglądać to Caprica :)

Twoja Myśl... (3)
:: 08.01.2012 :: 21:50
Słowa te piszę późno w nocy w drugi dzień świąt. No może nie jest aż tak późno, ale skoro następnego dnia budzik zadzwoni o 4.45 to … jest niezbyt wcześnie. Poprzedni tydzień był cięższy niż by się można było spodziewać, bo jakoś bardziej dzwonili. Piątek jednak już był wyjątkowy. Było spokojniej, ludzie rozluźnieni, świątecznie nastawieni nawet gdy im coś nie działało, nikt nie krzyczał, wszyscy sobie składali życzenia, oj chciałabym by tak było zawsze. Przez ostatnie ponad 2h tłumaczyłam tekst o Mikołajkach dla dzieci na angielski, a potem zgodnie z naszymi przypuszczeniami kierownik puścił nas 2h wcześniej do domciu. W czwartek kupiłam dla Taty los w lotto, bo od lat jest to jedyny prezent który uznaje. Ja nadal uważam, że jest to loteria dla ludzi nie rozumiejących matematyki, toteż się w to nie bawię i kupuję ów los raz do roku zawsze wypytując jak to się robiło i czy coś się nie zmieniło. W tym roku poszłam do ulubionej kolektury – ulubionej, bo zdarza mi się tam czasami kupić takie zdrapki za złotówkę, choć zdaję sobie sprawy, że to też jest taki sam moneyeater jak lotto tyle że za mniejsze stawki. Zwykle jest taka miła pani, ale akurat wtedy była dość niesympatyczna i dopiero jak już zaznaczyłam liczby i kupon został wydrukowany, to się okazało, że losowanie jest tego samego dnia… Czyli przed gwiazdką, więc nie mogłam tego dać tacie jako prezent… Poniżej moja tegoroczna biała choinka ;) Niebieskie i słomiane bombki dokupił Sebcio

No to następnego dnia wiedziałam, że kupię kolejny. Fajnie, bo akurat trafiłam 3, zatem się los zwrócił ;) Niestety w kolejnym nic nie było ;( Jak kupowałam los, to kupiłam dla siebie 3 zdrapki, tyle samo dla Mojego Kochania i tyle samo dla Taty. W naszych nic nie było, a w Taty łącznie były 3zł, czyli jego zdrapki się zwróciły ;) Śmiesznie tak ;) w pracy w piątek jeszcze jedliśmy w ramach drugiego śniadania resztę pomidorowej, której nie mieliśmy czasu zjeść wcześniej w poprzednie dni, a dobra mi wyszła – to była moja najlepsza pomidorowa bez śmietany ;) (oj dziwnie mi ze Sebcio śmietany nie jada…). Droga do Piotrkowa minęła spokojnie, ludzie zachowywali się, jakby potrafili jeździć, można było spokojnie jechać prawym pasem czasem tylko wyprzedzając jakieś auta, co nie ukrywajmy, ale na tej trasie nie zawsze jest możliwe. Mama nie odczytała naszego smsa z pytaniem, czy dałoby się Wigilię zrobić wcześniej, toteż zrobiła ją dopiero po 16, ale jakoś wytrwaliśmy do tej godziny ;) Wszystko było naprawdę smaczne, toteż w pewnym momencie odeszłam od stołu by naprawdę się nie przekarmić, co i tak mi się nie do końca udało ;) Mama zrobiła istotnie więcej niż zwykle grzybków w cieście dla Sebci, bo wiedziała, ze lubi. Ogólnie moi rodzice tak Go lubią, że ze wszystkim biorą Go pod uwagę – to miłe. Grzybową też dostał bez śmietany i dopiero potem Mama zabieliła resztę ;)
Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, nikt nie robił z niczego problemów, ani Tata że kolędy leciały w tle, ani Mama ze jej zaplamiłam obrus przenosząc jakieś jedzenie z mojego talerza na Sebci ;) Było białe Fresco, a specjalnie dla mnie i Sebci smażony łosoś, bo ja za karpiem nie przepadam, a Sebio to już w ogóle go nie ruszy. Wszyscy się pośmiali, to była dobra wigilia. Tata rozpalił w kominku w oranżerii wiec posiedzieliśmy patrząc w ogień, tata dał mi kota na kolana ;) Tacie co kupiliśmy już pisałam, mama chciała kredkę do oczu, wiec dostała ją, maseczkę i ptasie mleczko. Nawet mi nieźle pakowanie poszło ;) Sebuś pomagał ;) Ładny czerwony świąteczny papier i obowiązkowo jak to u mnie zielona wstążeczka ;) Od rodziców dostaliśmy patelnię i parowar, zatem jestem zachwycona i bardzo wdzięczna. Jeszcze Tata mi kupił maskotkę bałwanka który tańczy i śpiewa ;) Oglądaliśmy potem 1z10 na którym mi Seba z Mamą nie dali spać, zatem po 20 już spałam normalnie na górze w łóżeczku. Ostatnio w ogóle jakoś dużo śpię… Obudziłam się dopiero po 12h co jest o tyle dziwne, bo skoro wcześniejsze chyba 2 czy 3 tygodnie wstawałam koło 5, o myślałam, że jak się tak wcześnie położę , to jednak obudzę też wcześniej, a nie po prawie 12h. Poniżej fotka kotka rodziców Dyzia na naszych kolanach ;)

Poszłam rano do mamy do łóżka na pogaduchy. Szkoda, że nie było śniegu…Zapomniałam jeszcze wspomnieć, że poprzedniego dnia udaliśmy się po Wigilii na super spacer z Tisą ;) Trochę za długi był, ale uchronił nas od zmywania i był bardzo miły, pobiegała sobie, słuchała się, Seba sobie z nią bardzo dobrze radził. Wracając zaś do soboty to potem poszłam się jeszcze z Sebciem potulić korzystając z dnia wolnego i wreszcie koło 10 wstaliśmy na śniadanie, mimo że mogłabym nic nie jeść zważywszy na ilość pokarmu przyjętą dnia poprzedniego. Na śniadanku też fajna atmosfera, potem znów troszkę 1z10 i rodzice pojechali bo były jakieś promocje w markecie a my z Sebciem obejrzeliśmy Vicky Christina Barcelona czyli film, który Tata trzymał dla nas nagrany ponad pół roku i truł przy każdym spotkaniu byśmy go obejrzeli. Sebie się podobał i rozumiem dlaczego, ja nie lubię z zasady filmów Woodyego Allena, nie trafiają do mnie i ten też nie był w moim guście, ale skoro obejrzałam go z Sebciem to nie żałuję ;) Rozumiem, co autor chciał pokazać, po prostu nie tego szukam w filmach.
Minęły już ponad 2 tygodnie od wigilii, tak szybko ulatują wspomnienia… Po filmie zbieraliśmy się do Koluszek. Tisa nas nie chciała wypuścić, taki słodki ten psiak… Droga do Koluszek minęła spokojnie i bez przeszkód, mało aut na drodze, szybko dojechaliśmy, choć wyszliśmy od moich rodziców moim zdaniem trochę za późno, mojej Mamy zdaniem oczywiście za wcześnie ;) Pomogliśmy nakryć stół itp. Do Wigilii u rodzinki Sebcia, jego siostra Agnieszka była wściekła, że jej prezent gwiazdkowy nie doszedł, toteż dawała się wszystkim w tym mnie we znaki, wiec by się w Wigilię z nią nie kłócić, jak skończyłam jej Mamie pomagać, to wzięłam sobie nikogo o nic nie pytając trochę zielonej części pora z lodówki, deseczkę, nożyk i porobiłam ozdoby na stół wigilijny by było ładnie, by było coś mojego, by się na coś przydać, kiedy one coś tam robią. Niestety na samym początku wigilii wydarzył się nieszczęśliwy wypadek – babcia Sebcia potknęła się o dywan ,przewróciła, było wiele krwi, jak po kolacji pojechali na pogotowie to okazało się, że ma złamaną rękę i nogę…. Starość jest tak okrutna… O tyle ta wigilia była taka bardzo smutna, bo wszyscy się staraliśmy by było ok, ale jednak to było dość traumatyczne i nie umieliśmy się po prostu cieszyć tym wieczorem.
Nawet z tego wszystkiego nie zrobiliśmy zdjęć… Dostaliśmy wiertarkę, czyli coś, co jest nam naprawdę potrzebne i bardzo się z niej ucieszyliśmy. W kolejnym tygodniu Moje Kochanie od razu kupił jakieś wiertła do niej ;) Teściowa się ucieszyła z wybranych przez nas perfum Mexx, teść zadowolony z zestawu kosmetyków w takiej saszetce, w której będzie mógł nosić kosmetyki na wyjazdy, bo bardziej o nią chodziło, to ona byłą mu potrzebna. Z siostrą sobie Seba nic nie kupowali. Jeszcze dano nam po małej maskotce kotka i dostałam bambosze, bym miała u nich swoje dyżurne ;) Nigdy nie sądziłam, że tak spędzę Wigilię, bo to nie z mojego świata, ale gdy koledzy Seby napisali, że się spotykają o 23 na mieście, to nie wahałam się ani chwili… Dobrze mi zrobił spacer, jakieś piwo, trochę odetchnęłam po tym wszystkim. Poza tym lubię jego kolegów, fajnie było znów ich wszystkich zobaczyć, ostatni raz w takim gronie się widzieliśmy w wakacje z tego co pamiętam, bo jednak się trochę porozjeżdżali, a z okazji świąt przyjechali wszyscy do Koluszek. Tradycyjnie sporo gadałam z Wochenem o różnych rzeczach jak to my, grałam też z nimi w trambambulki – fajnie było ;) Bo znaleźliśmy czynny jakiś bar i właśnie tam owe trampki były ;)
Potem pierwszy dzień świąt, już troszkę spokojniej, emocje ostygły, zjedliśmy razem świąteczne śniadanko, pogadałam z teściami, wybraliśmy się też na spacer z Wochenem i jego sunią Stellą do lasu, było sympatycznie, spotkaliśmy drugiego huskiego więc się fajnie bawiły, dużo bardziej chłopaki gadali, ja się na psie skupiałam, poza tym często było za wąsko by iść w 3 osoby, więc oni szli za mną, a ja biegałam ze Stellą, robiłam zdjęcia, po prostu byłam ;) Wróciliśmy, obiadek czyli pozostałości z Wigilii – dobre ;) Potem jeszcze wpadł brat Teściowej z żoną i swoją teściową, to posiedzieliśmy wszyscy, pokazali nam zdjęcia jakie mieli z 18Roberta czyli ich syna, którą opisywałam tutaj też z tego co pamiętam, my im pokazaliśmy fotki jakie my wtedy zrobiliśmy. Pokazałam też Grażynie pół (czyli koło 500….) zdjęć Karpacza, po czym się ewakuowaliśmy do Łodzi. Miło mi się z nią rozmawiało, polubiłam ją, Waldek czyli brat teściowej też jest spoko, ale z nim dużo mniej obcowałam. Mam nadzieję, że w kolejnym roku wigilia będzie spokojniejsza… Poniżej fotka Stelli i tego drugiego młodego psiaka:

Pewnie nie będę miała siły, czasu opisać tego co było potem wiec tylko kilka słów: Drugi dzień świat spędzony we dwoje spokojnie w domciu i bardzo się z tego cieszyłam, można było odpocząć, było jedzonko, nie trzeba było nic robić ;) Sylwester kiepski niestety u koleżanki Seby w koluszkach, ale znał tam tylko ową koleżankę i jedną parę, którą znaliśmy oboje, w następnym roku się na pewno u nich nie pojawię. Potem tydzień w pracy bardzo ciężki po sylwestrze, dużo problemów, dużo telefonów. W 3 Króli byliśmy u Jednej z Wielu i jej męża na grę BattleStar Galactica – ekstra gra, fajne spotkanie, za 2 tygodnie planujemy następne ;) W sobotę miałam bardzo udane korki z Kargulem i Kwiatkiem, obydwaj bardzo dobrze sobie radzili i byłam z nich dumna, poza tym widziałam się z Lesiem w Rozariosie, gdzie mogłam zjeść ulubioną sałatkę ;) Reszta soboty upłynęła na sprzątaniu – lubię porządek ;) W niedziele się z Moim Kochaniem leniliśmy i kurowaliśmy, bo obydwoje przeziębieni, trochę pograliśmy w MotionSports – nawet nieźle mi szło, udało mi się dokończyć tą notkę i było po prostu ok ;) No i jedliśmy namiętnie kanapki z czosnkiem licząc, że skoro nie wychodzimy do ludzi, to to wygoni z nas przeziębienie ;)
Twoja Myśl... (4)